"Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on Tobie." - John Donne

piątek, 1 maja 2020

Światy Tangeru (i jeszcze Miss Tanger)

Samolot tanich linii Air Arabia obniża pułap lotu, znudzony pilot informuje, że za dziesięć minut lądowanie. W Tangerze trzydzieści stopni, słońce i nic więcej, czyli jak na ten miesiąc (a później kolejny i kolejny) od wieków przystało. A więc zobaczę miasto najpierw z góry. Jakże to inna podróż niż te, o których właśnie czytam. Paul Bowles, Truman Capote, William Burroughts i inni podróżowali statkiem albo promem, przez Atlantyk, albo wzdłuż wybrzeża Hiszpanii, w towarzystwie amerykańskiej i europejskiej bohemy. A ja tymczasem, naprzeciwko grupki azjatyckich turystów, którzy gorączkowo wymieniają baterie w najnowszym modelu Nikona i testują funkcję selfie, zajadam się Pringelsami i słucham głosu stewardesy przypominającej po raz trzeci o dzisiejszej promocji na perfumy pokładowe Paco Rabbane.


Cóż, takie czasy, mało romantyczne. Ale za to mogę obejrzeć Tanger z góry, czego wspomniani amerykańscy literaci nie zrobili. Czytam Capotego opowiadanie o Tangerze, że na pierwszy rzut oka „wygląda jak biały płaszcz udrapowany na brzegach Afryki.” Bowles pisze również, że w pierwszej chwili zakochał się w „białym mieście”. Wyglądam zza okna samolotu. Szukam koloru białego, szukam pierwszych kolorów miasta, ale na razie krajobraz raczej księżycowy – pojedyncze skupiska domków wśród wypalonej ziemi, gdzieniegdzie bezkształtne drogi w esy floresy, zaczynające się i znikające, jakby prowadzące donikąd. Ostatni zakręt, przechylenie, i już za chwilę na ziemi. Za oknem wybrzeże, w oddali wzniesienia, a na nich jasne regularnie ułożone plamki, niczym czapy muchomora plamistego. Góry Tangeru, a chwilę później już pas startowy. Czytam zamykając „Autobiografię” Paula Bowlesa: „jak każdy romantyk żywiłem niejasną pewność, że dotrę kiedyś do romantycznego miejsca, które ujawniając mi swoje tajemnice, obdarzy mnie mądrością i ekstazą”.

A więc Afryka, po raz pierwszy. Z lekką niepewnością i podnieceniem, jak pierwszoklasista pierwszego dnia szkoły, zakładam niezbyt ciężkawy plecak i wychodzę z samolotu. Paulina w drodze do hangaru lotniska zwraca mi uwagę na powietrze. „Specyficzne - ma zapach, a nawet smak” – mówi. Nie czuję nic specjalnego, jestem tym nawet zawiedziony. Przypominam sobie jednak machinalnie co pisał o powietrzu Paul Bowles: „dziwne, ciepłe powietrze (…) Jednego dnia krystalicznie czyste, tak że góry Hiszpanii zdają się być na wyciągnięcie ręki, drugiego zaś przypomina świetlisty gaz”. Jedno jest pewne - powietrze jest zdecydowanie bardziej suche niż te w Barcelonie, skąd przylecieliśmy do Tangeru. Po wyjściu z lotniska wsiadamy w grand taxi, czyli zdezelowanego mercedesa, prowadzonego przez podstarzałego Marokańczyka, który podczas drogi nie odzywa się ani słowem, za to po każdym zakręcie obrywa kawałek czarnej taśmy obklejającej piankową obręcz kierownicy (zastanawiam się po ilu zakrętach zostanie bez tej taśmy). Po mojej prawej stronie czuć ciężki zapach benzyny. Głośny ryk silnika przy podjeździe przechodzi w śpiew muezinów z okolicznych minaretów. W drodze do miasta mijamy szereg niedokończonych tynkowanych na biało budynków, które wyglądają na opuszczone inwestycje, niezrealizowane marzenia.



Przystanek końcowy to Garra D’Kasbah, placyk będący jednocześnie wejściem do Kasby, czyli ufortyfikowanej centralnej części medyny, zamieszkałej głównie przez Arabów. Wynajęliśmy tu pokój w hostelu, który teraz bez powodzenia próbujemy odnaleźć… Przychodzi to nam jednak z niemałą trudnością, nawet ze wsparciem GSP i przede wszystkim Pauliny, która z natury ma świetną orientację w terenie. Okrążamy hostel, a przynajmniej punkt zaznaczony na mapie w telefonie, raz, później drugi, ale nie możemy trafić pod wskazane miejsce. Kręte uliczki medyny za każdym razem prowadzą tak, że wychodzimy poza obręb obszaru docelowego, jakby medyna nie chciała nas przyjąć traktując jak obcy organizm wyrzucany niczym niepasujący pieniądz z automatu do gry. Wreszcie, po kwadransie, instynktownie wchodzimy w jeden z kilku labiryntów, zaułek malowanych na niebiesko obdrapanych fasad sześciennych domków, skręcamy w wąską uliczkę po prawej stronie, gdzie znajdujemy wreszcie upragniony choć ledwie wyraźny napis „Hostel”.  Hostel jest kilkupoziomowym domostwem, jakich na medynie pełno, z częścią wspólną na każdym piętrze i tarasem na dachu, skąd rozpościera się widok na sporą część miasta, wybrzeże i Zatokę Tangerską. Drewniane okno naszego pokoju o numerze dwa wychodzi na uliczkę tak wąską, że okno sześcianu naprzeciwko, a raczej otwór w ścianie tego domostwa, jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Na ścianie przeciwległego pokoju widzę bogato zdobiony obraz ze stronicą Koranu i cień płomienia dogasającej świeczki. W dole, wspomniana ślepa uliczka medyny, w którą - poza dorosłymi tubylcami, piskliwymi dziećmi i wszędobylskimi kotami -  co jakiś czas wpada zbłąkany turysta. 

Grand i Petit Socco, czyli powrót do przeszłości 

Następnego dnia, jeszcze przed południem, idziemy na Grand Socco, centralny plac w Tangerze, który w czasach podróży moich literackich przewodników, czyli w drugiej połowie dwudziestego wieku, był głównym arabskim placem targowym. Do magii Grand Socco wzdychało wielu, w głębi Grand Socco wielu szukało rozwiązania tajemnicy i niedookreślonej siły przyciągania miasta. Pomyślałem, że pójdę tam najpierw, żeby zobaczyć co zostało z tej tajemnicy i czy może z uwagi na istotne przeobrażenie placu tajemnica Tangeru po prostu nie wyparowała, więc próżno jej już szukać. Dziś Grand Socco do magii dawnego miejsca daleko, miejsce to jest bowiem  dużym wybrukowanym rondem z kilkoma drzewami palmowymi wokół i niedziałającą obdrapaną fontanną w środku, gdzie życie płynie trochę mniej leniwie niż w samej medynie. Wokół Grand Socco usłane są restauracje, z nachalnymi naganiaczami, sklepy różnej maści i kino Cinema Rif z uroczą kawiarnią na zewnątrz. Siedzimy na ławce przy fontannie i w promieniach nachalnego słońca obserwujemy to co dzieje się wokół.


Jeszcze dwa dni temu siedziałem przy podobnej fontannie na placu Puerta del Sol w Madrycie. Plac Puerta del Sol na pozór wyglądał jak dobrze nastrojony i wyregulowany mechanizm, a w wspomniana fontanna działała w najlepsze. Grand Socco natomiast na pierwszy rzut oka bliżej do chaotycznego tworu, karuzeli zdarzeń i emocji, epicentrum przypadkowości. Ale jest to chyba tylko wrażenie pozorne, bo im dłużej siedziałem na Puerta del Sol i im dłużej patrzyłem teraz na Grand Socco powoli zmieniałem zdanie. Pół godziny spędzone na placu w centrum Madrytu wystarczyło, żeby odnieść wrażenie, że ten porządek jest tylko powierzchowny, a wiele przewijających się przez plac osób – czy to turystów czy tubylców – znalazło się tu trochę z przypadku, z ciekawości, bez wyraźnie zarysowanego planu na dalszą podróż, a być może i na dalsze życie. (Zaczepia mnie para turystów z Niemiec: - Jak najszybciej dojść do Plaza de Espana? Tłumaczę, pokazuję. – Dziękujemy, zresztą, może wybierzemy się tam później, bo teraz siarczyste słońce, jeszcze wstąpimy tu na kawę… Czy jest w ogóle sens tam dziś iść, Jonas?). Z kolei im dłużej pełniłem rolę obserwatora na ławce przy wyłączonej fontannie na Grand Socco tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że tutaj, w centrum tego pozornego bałaganu i rozgardiaszu, niemal każdy zna swoją drogę, ma plan, pomysł, choćby na najbliższą chwilę. Że chaos jest tutaj tylko pozorny, bo wewnątrz Grand Socco zdaje się być zdecydowanie bardziej uporządkowane i zsynchronizowane niż madrycki Puerta del Sol. Jak gdyby europejski porządek wiązał się z wewnętrznym chaosem i nieładem, podczas gdy marokański chaos i rozgardiasz były wierzchnią częścią wewnętrznego sensu i porządku.  Może to tutaj, przy niedziałającej fontannie na Grand Socco, należy szukać uroku tego kraju, uroku tego miasta?

Póki co jednak pora na danie główne dnia, a może i całej podróży, a na pewno podróży literackiej - mniejszy miejski suk, czyli Petit Socco. Swoiste centrum Tangeru. Miejsce o którym pisali wszyscy, które Truman Capote wręcz sobie ukochał traktując jako namiastkę Nowego Jorku. Tak jak Petit Socco jest uznawane często za centrum Tangeru, tak Cafe Central jest uznawana za centrum Petit Socco. Cafe Central było kiedyś miejscem inspiracji dla innego amerykańskiego pisarza z pokolenia bitników Williama Burroughtsa, który na stoliku w kawiarni wymyślił swoją popisową i skandalizującą powieść „Nagi lunch”. Siadamy na zewnątrz Cafe Central, ale przy samym wejściu do kawiarni. Zamawiamy słynną gorącą herbatę miętową, w końcu bez słodzonej herbaty miętowej tutaj ani rusz. Siedząc na Petit Socco, popijając herbatę, czuję się niemal jak widz w teatrze.

A więc sceneria, patrząc od lewej: dom pielgrzyma Casa Familia de Nazaret, Cafe El Manara, reklama na murze „Pokój do wynajęcia”, plakat z reklamą fryzjera wzbogacony wizerunkiem zachodniego playboya z wysoką czupryną, kiosk z przyprawami i słodyczami, sklep odzieżowy Volubilis, galeria ze skórzanymi kurtkami i damskimi torebkami Zoco Chico, hamburgery i kanapki na wynos, sklepik z kosmetykami. Centralnym punktem jest tutaj niewielki placyk z wdzierającymi się nań krzesełkami z okolicznych restauracji, który mógłby służyć za scenę. A na owej scenie tymczasem, raz z lewej, raz z prawej, zza okalających plac budynków, pojawiają się co i rusz kolejni aktorzy: dwóch tubylców w śnieżnobiałych galabijach wymachujących rękami i krzyczących na siebie nawzajem, grubaśny Amerykanin w koszuli w kratę w okularach Ray Ban z aparatem przepasanym przez ramię, starzec w burnusie utykający na prawą nogę i śpiewający coś po cichu ochrypniętym głosem, para turystów mówiących po hiszpańsku, on w koszulce Realu Madryt, ona lekkiej kolorowej sukience wyglądającej jak znoszona podomka, bezdomny o postawie katatonicznej wdychający bezwstydnie klej z plastikowej torebki, wytatuowana Rosjanka z kolczykiem w pępku i w szortach eksponujących dolną część pośladków… W jednej chwili na Petit Socco, gwar i rozgardiasz ustępuje miejsca coraz głośniejszym, zbliżającym się śpiewom… Na scenę wchodzi kondukt pogrzebowy, wszyscy siedzący na kawiarnianych krzesełkach wstają jak do hymnu, a ja czuję się jakbym był bohaterem opowiadania Trumana Capotego, co więcej jakbym był samym Trumanem Capotem, który w opowiadaniu o Tangerze pisał, a do czego wróciłem wertując książkę ledwie dziesięć minut temu: „Raz gdy tam siedzieliśmy zaległo nagłe milczenie; arabska orkiestra, trąbiąca wesoło, przeszła ulicą obok oświetlonych kawiarni. (…) owa orkiestra okazała się strażą przednią konduktu żałobnego.” Kondukt żałobny  złożony jest z kilkunastu mężczyzn, w tym czterech, którzy niosą lektykę ze zwłokami mężczyzny, lektykę wyglądającą jak przewrócony stolik z sześcioma nogami przykryty zieloną płachtą ze złotymi frędzelkami, z której wystają nieokryte części obojczyka i stopy zmarłego. Śpiewy mężczyzn nie są jednak wesołe, a zawodzące, przejmujące. Kondukt przechodzi przez Petit Socco jak błyskawica - szybko, wręcz w pośpiechu, niczym karetka na sygnale. Mam wrażenie, że po raz pierwszy w Tangerze, ktoś się gdzieś spieszy. Jakby dopiero w styczności ze śmiercią tubylcom zaczęło zależeć na czasie, jakby dopiero w styczności z wiecznością,  tempo życia Tangeru nabierało rozpędu, a może stawało się bardziej realne, czasowe, europejskie. 

Historia Hasana i Lady Aniston 

Wracając z Petit Socco trafiamy do okolicznego parku znanego pod nazwą Ogrody Mendoubia. Pod jednym ze starych drzew, których tu wysyp, znajdują się kartony, które miejscowym służą za legowisko na trawie. Bierzemy dwa z nich i kładziemy się na trawiastym pagórku. Od razu zwraca na nas uwagę chudy Marokańczyk ze zniszczoną twarzą leżący nieopodal i palący kit, czyli tutejszą marihuanę. Pyta nas czy chcemy spróbować, ale stanowczo odmawiamy. Gdy po godzinie wpatrywania się w niebo i korony drzew, obmyślając dalszy plan nic nie robienia, leniwie podnosimy się z trawy, patrzy na nas przeszywająco, jakby z poczuciem zbliżającej się straty. Nie mówi nic, ale widać, że chce zamienić choćby słowo. Pytam skąd jest, a Hasan opowiada nam historię swojego życia:


Jest z Szafszawan, czyli niebieskiego miasta, zwanego w ten sposób od błękitnego koloru fasad domów, położonego kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Tangeru. Przyjechał do siostry, bo ta urodziła syna, a Hasan jest odpowiedzialny za nadanie mu imienia (więc dziecko będzie miało na imię Hasan). Hasan ma pięćdziesiąt lat, jest ogrodnikiem, pracował kiedyś nawet w ogrodach króla Muhammada VI w Tetuan. W 1991 roku w Tangerze poznał Brytyjkę, o której mówi wyniośle „Lady Aniston”, porównując jej dziewczęcą urodę do urody mojej żony. Lady Aniston przyjechała do Tangeru na wakacje. Wpadła w oko Hasanowi, a Hasan wpadł w oko Lady Aniston. Po czterech latach ożenił się z nią i wyjechał do Wielkiej Brytanii, do Londynu. Pracował jako ogrodnik, zmywał naczynia, ale w gruncie rzeczy był na utrzymaniu Brytyjki i to był błąd. Hasan czuł się w Londynie coraz gorzej, nie mógł znaleźć sobie miejsca. Miłość do Lady Aniston na obczyźnie okazała się trudniejsza niż w Maroku, Hasan zdawał sobie coraz bardziej sprawę, że Lady Aniston już go nie kocha. A Lady Aniston coraz bardziej zdawałą sobie sprawę, że nie kocha Hasana. Pewnego dnia wróciła w nocy pijana. Był ramadan, a ona chciała się z nim całować, mając alkohol na ustach. A jak pijesz alkohol w Ramadanie, nawet jak go dotkniesz ustami  – mówi Hasan – to znaczy, że ten alkohol zostaje ci w ustach przez czterdzieści dni, więc przez czterdzieści dni za karę boską nie możesz nic jeść. Gdy Lady Aniston kładzie się na Hasanie i próbuje podzielić się z nim namiętnością, Hasan uderza ją w twarz. Kobieta dzwoni na policję. Gdy przyjeżdża policja Hasan mówi, że to jego żona. Policja na to, że żonę to on miał w Maroku, a tutaj to tylko – a może aż – Lady Aniston i nikt więcej. Tak kończy się europejska miłość Hasana. Hasan wraca do Maroka, a Lady Aniston zostaje w Wielkiej Brytanii i słuch po niej ginie.   

Dziś Marokańczyk ma w sobie wiele goryczy, choć wygląda na człowieka spełnionego. Ma żonę w Szafszawan i dwójkę zdrowych dzieci. Hasan opowiada o Maroku i Tangerze, o sąsiadującym z parkiem Mendoubia wielkim targu Grand Socco. Mówi, że król Muhammad VI usunął targ, bo chciał aby Tanger był bardziej nowoczesny i przyjazny dla samochodów. Gdy wtrącam, że mimo wszystko jest tutaj dużo zieleni, odpowiada, że zieleń jest dla bezrobotnych mieszkańców, żeby mieli gdzie spędzać czas skoro nie mogą pracować. Hasan dodaje: - Tangerczycy, habibi, są jak te wszędobylskie koty. Chodzą dumnie, choć nie mogą znaleźć sobie miejsca. Szukają wykwintności, ale jedzą rybie głowy na kolację. Kotom jednak czasem turyści rzucają coś do jedzenia. Hasan kocha jednak ojczyznę. Kocha Szafszawan i kocha także Tanger, choć nieodłącznie kojarzy mu się z  Lady Aniston. Każdego następnego dnia spotykamy go niemalże w tym samym miejscu, leżącego na jednym z pagórków w Ogrodach Mendoubia, raz śpiącego, raz z kifem w ustach, patrzącego z zadumą w niebo.

Jeszcze na koniec rozmowy Hasan poleca, żebyśmy poszli do Cafe Hafa, położonej wzdłuż klifu, wychodzącej wprost na wybrzeże i Zatokę Tangerską kawiarni, skądinąd ulubionej kawiarni Paula Bowlesa. Idziemy tam kolejnego dnia z Kasby. Cafe Hafa nie robi jednak na mnie wrażenia, choć widok z niej urokliwy, a herbata miętowa smaczna. Mieszanka tubylców i turystów, kakofonia muzyki z przenośnych głośników, ciężki zapach kifu w powietrzu, ustawiczny brak miejsca i leniwego spokoju, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, zdecydowanie mnie nie urzeka. Kolejny punkt na literackiej mapie gdzie tajemnicy Tangeru nie odkryję. Podobnie jak nie odkryłem jej także w innej kawiarni osławionej z podróży zachodnich literatów, hołubionej przez Trumana Capotego Gran Cafe de Paris przy rondzie Place de France, która była chyba jeszcze mniej marokańska niż Cafe Central i wspomniana Cafe Hafa. W Gran Cafe de Paris było więcej turystów niż tubylców (dopiero wychodząc dostrzegłem, że kawiarnia ma oddzielne wejście z drugiej strony ulicy, a przestrzeń z tamtej strony była skromniejsza i nieturystyczna). Skórzane brązowe fotele mające sprawiać wrażenie przepychu, lokalni kelnerzy mówiący sztucznie perfekcyjnym francuskim, nażelowany barman pucujący ściereczką granitowe płytki przy barowej kolumnie i grupa czterech młodych turystek z Polski, głośniejszych od dwójki rodowitych Marokańczyków rozmawiających przy sąsiednim stoliku. To nie mogła być kawiarnia z prawdziwego marokańskiego zdarzenia!


Tajemnicy wyjątkowości Tangeru szukałem też przy okazji wycieczki do wapiennych Grot Herkulesa, jednego z „must have” tangerskich wycieczek, które to Groty będą mi się kojarzyły jednak głównie z krzykliwymi turystami z Azji, przeciskającymi się przez siebie łokciami, żeby uchwycić jak najlepszy kadr i zrobić jak najkorzystniejsze selfie, w miejscu, które jest fotografowane od niepamiętnych czasów i figuruje we wszystkich tradycyjnych przewodnikach po Tangerze. Wypad za miasto do wspomnianej atrakcji turystyczno-archeologicznej uratowała tylko ciągnąca się od cypla Cap Spartel piaszczysta plaża Achakkar, gdzie kiedyś imprezy dla przyjaciół wyprawiał brytyjski kostiumograf Cecil Beaton, a w której można się zakochać od pierwszego wejrzenia, z piaskiem niejednorodnym jak cały Tanger i Maroko, trochę białym, trochę brązowym, a miejscami nawet czerwonym, którą jednak również dotknął już duch nowoczesnej turystyki, w postaci przebiegających nią co jakiś czas rekreacyjnych wycieczek na wielbłądach.   

Na spacerze u króla 

W drodze do Cap Spartel, po wyjeździe z medyny, mijając dzielnicę Marszan, gdzie kiedyś stały duże wille w stylu hiszpańskim, a teraz, wraz z wzniesieniem przy Route de la Veille Montagne, stanowi ona miejsce do życia klasy średniej, kierując się dalej na północ w kierunku plaży Merkala (najbardziej urokliwej części plaży miejskiej miasta - czystej, nieskalanej turystycznie, z falami obijającymi się o klif jak grzywa konia o grzbiet podczas cwału), stoi Stara Góra. To kolejne miejsce z literackiego przewodnika, który nakreślam sobie przed wyjazdem, Stara Góra była bowiem pierwszym miejscem zamieszkania w Tangerze Paula Bowlesa, który ze wszystkich zagranicznych literatów spędził tam najwięcej czasu, bo ponad pięćdziesiąt lat aż do samej śmierci. Stara Góra, mająca raptem jakieś trzysta metrów wysokości, ale dumnie piętrząca się nad miastem, w dawnych czasach służyła za bazę marokańskiego wojska, później osiedlili się na niej Brytyjczycy i inni przyjezdni, dziś Stara Góra jest dzielnicą przepychu i blichtru, gdzie wciąż mieszka wielu zagranicznych krezusów, ale także najbogatsi mieszkańcy Maroka i duża część świty samego króla Muhammada VI…


Centralnym i najbardziej pokazowym punktem góry jest wystawna willa na Starej Górze, Willa Josephine, która kiedyś była siedzibą sułtanów, później letnią rezydencją paszy Marrakeszu Thamiego El Glaouiego, a później stałą się prestiżowym hotelem w stylu kolonialnym, mającym obecnie tylko dziesięć pokoi dla najbardziej znamienitych i zasobnych w gotówkę gości z pierwszego świata. Jakże to inny krajobraz niż krajobraz medyny! Kolejne wille, jeszcze przed wspomnianą Willą Josephine, wyrastają między drzewami eukaliptusowymi, sosnami, cyprysami, jak dopracowane do szczegółu hologramy. Podążając brukowanymi zadbanymi uliczkami, mijając wysokie metalowe zdobione bramy wzniesione na pagórkowatym terenie, można poczuć się jak na wzgórzach Hollywood. Ten hollywoodzki krajobraz psuje jednak fakt, że co jakiś czas na dróżkach Starej Góry napotykamy obdrapane drewniane budki najczęściej z pojedynczym znudzonym ochroniarzem w wypłowiałym od słońca mundurze. W pewnym momencie wspomnianych stróżówek robi się więcej, a ochroniarze ustępują miejsca jeszcze bardziej znudzonym wojskowym. Kilkadziesiąt kroków dalej i następna budka, tym razem ze śpiącym w niej żołnierzem, który w jednej chwili podnosi się na równe nogi jak wyskakujący z prezentu niespodzianki klaun na sprężynce chwytając jednocześnie za broń. Przez chwilę następuje cisza, po czym żołnierz przecierając oczy trzęsącym się głosem mówi: - Nie, tu nie można wejść! Po czym, na nasze przeprosiny, dopowiada usprawiedliwiająco: - Monsieur, to jest miejsce prywatne, desole monsieur, ale nie można tu wejść... 

Na wojskowym mundurze ma plamę wielkości jeziora i obtarte nogawki. Sprawia wrażenie zaskoczonego, ale pozuje na opanowanego. Gdy wracamy, na całej górze zaczyna rozbrzmiewać kakofoniczny dźwięk krótkofalówek, a przed nami jak w grze komputerowej z różnych stron drogi wyrastają kolejni wojskowi i odprowadzają nas zaniepokojonym i pełnym napięcia wzrokiem. Jak się później okazuje, zbudzony żołnierz należy do gwardii króla Muhammada VI, a my przez kilkanaście minut przemierzaliśmy teren dla zwykłego śmiertelnika niedostępny będący częścią posiadłości najważniejszych państwowych dostojników, a kto wie, może i najważniejszego Marokańczyka w kraju… Nad Starą Górą tymczasem zaczęło zachodzić słońce.  

W sidłach pająka, czyli pożegnanie z medyną 

Kolejny dzień w Tangerze i znów ciasne uliczki medyny, które po zmroku stają się jeszcze bardziej tajemnicze i zawiłe. Jeszcze wczoraj, z drugiej strony kasby, od Petit Socco, dotarliśmy do hostelu bez pomocy mapy, ale dziś medyna znów pokazuje nam miejsce w szeregu. Tym bardziej, że do tej pory poznawaliśmy często drogę po sklepikach i wystawianym na nich jedzeniu i bibelotach, a teraz pora już późna i nie ma do czego się odnieść. Gdy podążamy ciemnymi zakamarkami medyny próbując odróżnić główniejsze uliczki od ślepych zaułków z jednego z nich wychodzi nam naprzeciwko mężczyzna w brązowej galabiji i proponuje, najpierw po hiszpańsku, a później po francusku, że zaprowadzi nas tam, gdzie tylko będziemy chcieli - pokaże nam całą medynę, a może i całe miasto. Odmawiamy, ale to nie wystarczy.

Arab wciąż niemal bezszelestnie podąża za nami, niczym biała zjawa w mrocznej scenerii rodem z niskobudżetowego horroru, co raz wypowiadając w naszą stronę niskim głosem: „wrong way”, „calle cerrada”, „Kasba a droite”, „Ou vas tu?”.  Po drodze mijamy jeszcze kilku innych miejscowych opryszków, wśród których także wzbudzamy karykaturalne zainteresowanie i którzy również zwracają się do nas, choć po cichu, jakby głosem suflera „hasz” „hasz”, próbując wcisnąć nam choćby pół grama haszyszu za kilka dirhamów.  Jeden z nich, w obdartych spodniach i obcisłej bluzce, dołącza do mężczyzny w galabiji i przez dłuższą chwilę towarzyszy nam w drodze. Odgłosy naszych kroków łączą się z odgłosem szczęku rybich pozostałości gryzionych przez okoliczne koty. W powietrzu czuć woń będącą mieszanką kanalizacji, uryny i ostrych przypraw. My tymczasem, udając, że znamy drogę, pewnym krokiem próbujemy znaleźć właściwą uliczkę, co i raz jednak wchodząc w ślepy zaułek, niczym oszołomione muchy zaplątane w sidła pająka, co nieustępliwy Arab skrzętnie wykorzystuje dopowiadając co chwila : „impasse”, „callejon sin salida”, ślepy zaułek, koniec gry. Wreszcie - znajoma uliczka, to musi być tutaj, i tak rzeczywiście jest. Gdy otwieramy wejściowe kraty do hostelu, natrętny przewodnik próbuje wymusić od nas zapłatę. Moje stanowcze “leaa” a później “emszi”, co po arabsku oznacza” , “nie” i “odejdź”  skutkuje - powoli się oddala. Gdy wchodzimy do domu, czujemy się jakbyśmy opuścili jeden z kręgów dantejskiego piekła a pozorne wrażenie oswojenia z miastem ustępuje miejsca poczuciu niepewności i odrzucenia. Gdy już myślisz, że poznałeś miasto i poczułeś się w nim pewnie, wystarczy wejść w złą uliczkę i cała logiczna układanka psuje się jak domek z kart. Trzeba wyjść ze ślepego zaułka, znaleźć odpowiedni kierunek i po raz kolejny skrzętnie budować swoją drogę, odtwarzając na nowo obraz miasta, jego twarz. Może to jednak tutaj, w tym nieskończonym procesie poznawczym, tkwi ukryta siła przyciągania tego miejsca?


Światy Tangeru 

Ale Tanger nie ma jednej twarzy, nie ma jednego Tangeru. Pisał Bowles: “Wyobraźnia jest rzeczą absolutnie podstawową, gdy chcemy rozkoszować się spacerami po Tangerze, w którym wszystkie szczegóły napotkane przez nasze oczy nie są tak naprawdę tym, czym się zdają. Są jedynie pewnego rodzaju odnośnikami w wielkim systemie pokrywających się, a zarazem tak od siebie odległych światów. Światów, które tworzą Tanger”.

Ostatniego dnia podróży przenieśliśmy się do kolejnego wymiaru rzeczywistości miasta, położonego bliżej dworca kolejowego Tanger-Ville, skąd mieliśmy wyruszyć do Marrakeszu. Tanger wschodni, zwany dzielnicą europejską, która powstała po drugiej wojnie światowej, skupiony wokół ulicy Bulwar Muhhameda VI, biegnącej niemal równolegle do Bulwaru Pasteura i miejskiej plaży to kolejne oblicze Tangeru zupełnie nieprzystające do poprzedniego. Po wyjściu z medyny, można odnieść wrażenie jakby w dziesięć minut pieszo odbyło się drogę z przeszłości w przyszłość. Jest to wrażenie dosłowne, bo podczas wspomnianej drogi mijamy przebudowywaną marinę, a na okalającym plac budowy płocie widnieją bilbordy z planem zagospodarowania terenu, które stanowią kolaż najnowocześniejszych budynków i ubranych wyłącznie po europejsku ludzi. Przy Bulwarze Muhammada VI kompleksy wieżowców, europejskie sklepy i banki. Przy Zatoce plaża miejska - wielu turystów, jeszcze więcej śmieci. Kolorowe krzesełka ogrodowe z parasolem na grubej plastikowej rączce płatne dziesięć dirhamów od godziny.  Młodociani chłopcy oferujący przejazd końmi bądź wielbłądem za dirhamów piętnaście. Za wieżowcami sieć europejskich sklepów i drogie samochody na parkingu. Przy hotelu Carrefour, Pizza Hut, Massimo Dutti, Zara. 

Siedzimy tymczasem na plaży i patrzymy za Zatokę. Fale niespokojne, w Tangerze zmienia się pogoda. Jak prawie nigdy tutaj o tej porze roku zaszło właśnie słońce. Patrzę w kierunku medyny, która z perspektywy miejskiej plaży wygląda jak fatamorgana. Teraz dochodzą z niej nawoływania muezina, których przy Bulwarze Muhammada VI, na miejskiej plaży, dosłyszeć nie sposób. Spoglądam na medynę, chwilę później na Paulinę wczytującą się w "Pod osłoną nieba" Paula Bowlesa, i machinalnie kieruję myśli na Lady Aniston. Czy wspomina czasami Hasana? Czy wspomina Tanger i Maroko? Czy tangerska miłość Lady Aniston to efekt zauroczenia Hasanem, a może jednak tylko tym przedziwnym miastem? I wreszcie: Czy byty takie jak dziwaczny i heterogeniczny Tanger oraz romantyczna i zaborcza Lady Aniston da się w ogóle połączyć? Myślę, patrząc na ciężkie chmury nad Zatoką od strony plaży, a tymczasem na tangerską scenę wchodzi Jonny Winter z opowiadania Capotego, która pyta przekonująco: “Ale czy sam tego nie kochasz? Budzić się rano, wiedzieć, że jest się tutaj i że zawsze można być sobą, nigdy kimś kto nie jest nami? I zawsze mieć kwiaty, spoglądać z okna i widzieć, jak wzgórza ciemnieją, a w porcie zapalają się światła? Nie kochasz tego także?”. Raz jeszcze patrzę na medynę, nad którą, o dziwo, zaczyna wychodzić słońce.  





Cytaty pochodzą z książek:

Paul Bowles, Podróże. Pisma zebrane 1950-1993, Warszawa 2014.

Pau Bowles, Bez ustanku. Autobiografia, Warszawa 2014.

Truman Capote, Psy szczekają, Warszawa 1982.

sobota, 18 maja 2019

Podróż poślubna, kamorra i święty Idzi


Do Neapolu leciałem prywatnie, nie zawodowo, przyrzekając sobie wcześniej, że choćby nawet podczas mojego pobytu doszło do wybuchu Wezuwiusza, a w całej Kampanii ogłoszono by z tego powodu stan klęski żywiołowej, to nie będę się zajmował niczym poza zasłużonym odpoczynkiem, należnym po intensywnym czasie ślubnych przygotowań i wreszcie samą ceremonią oraz jej weselną celebracją. Do Neapolu leciałem też zresztą zrządzeniem losu, można by to nazwać wyjazdem zastępczym, który to zaplanowałem z P. kilka dni wcześniej, w ramach preludium przed wizytą w Rzymie, na audiencji dla nowożeńców u papieża Franciszka. No więc w Neapolu miałem porzucić pelerynkę reportera, którą do tej pory mimowolnie i tak brałem ze sobą na wyjazdy urlopowe w walizkę, a później trochę przypadkiem trochę ukradkiem nakładałem gdy tylko przydarzała się okazja, zwykle ku niezadowoleniu podróżniczych towarzyszy… W Neapolu to okazja znalazła jednak mnie, choć się przed nią wzbraniałem jak nigdy wcześniej.

Zatoka Neapolitańska i Wezuwiusz

Wynajęliśmy pokój w dzielnicy Arenella, przy Piazza Medaglie D’Oro, który to skwer jest właściwie rondem z ośmioma rozchodzącymi się w kształt śnieżnego płatka uliczkami, z dziesiątkami barów, pizzerii i sklepików wokół. Potrzebowaliśmy odpoczynku po porannym locie, więc udaliśmy się jedną z ośmiu uliczek w stronę parku miejskiego Floridiana, z którego rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na całą Zatokę Neapolitańską i w którym można spokojnie zażyć drzemki w towarzystwie przyjemnych dźwięków ornitofauny i urokliwej flory szczególnie w postaci hołubionych przeze mniej strelicji. Po godzinie włoskiej sjesty, wracając z parku, mimochodem zwróciłem uwagę na bramę prowadzącą do okolicznego szpitala, która zajęta była napisami, malunkami, sloganami, zdjęciami, balonami, i jeszcze innymi fantami, których już z perspektywy drugiej strony ulicy nie dostrzegłem. Wyglądało to na jakąś demonstrację, albo… No właśnie, sprawa szpitalnej bramy, jak się później okazało szpitala pediatrycznego Santobono di Napoli, nie dawała mi spokoju, ale zgodnie z wcześniejszym przyrzeczeniem puściłem sprawę w niepamięć. 

Następnego poranka, trochę intuicyjnie, włączyłem telewizję. Przerzucając tysiąc kanałów z gotowaniem, telezakupami i wróżbiarstwem, trafiłem wreszcie na RAI News, włoską stację informacyjną i zatrzymałem się na prognozie pogody. Następne dni w Neapolu zapowiadały się dość słonecznie i ciepło. Chwilę później rozpoczął się serwis informacyjny, a prezenter już w pierwszej informacji, o dziwo, połączył się z reporterem z Neapolu. Jak się okazało: kilka dni wcześniej, w wyniku porachunków mafijnych, ciężko ranna została czteroletnia dziewczynka Noemi, której imię obiegło całe Włochy, ponieważ została przypadkowo postrzelona podczas wspólnego spaceru z babcią na Piazza Nazionale w centrum miasta. Na początku nie słuchałem jednak co mówi do mnie reporter (chociaż wyłapałem, że dziewczynka żyje, a nawet zaczęła już oddychać bez respiratora), zapatrzyłem się za to na tło, bo wydało mi się całkiem znajome… Gdzieś już widziałem te napisy, zdjęcia, fanty… A różowe podłużne balony zaczepione na bramie złożyły mi się teraz w znajomą całość: N-O-E-M-I. Wspomniany reporter nadawał jakieś dziesięć metrów od mojego pokoju przy Piazza Medaglie D’Oro spod szpitala pediatrycznego Santobono, gdzie lekarze walczyli o życie wspomnianej dziewczynki rannej podczas porachunków dwóch klanów mafii kamorra.

Przed szpitalem Santobono di Napoli

Namówiłem P. żebyśmy przeszli się pod ten szpital raz jeszcze. Nie znam dobrze włoskiego, nie dowiem się niczego więcej, chciałem jednak iść i chwilę tam postać, przyjrzeć się napisom, przeczytać wyrazy wsparcia, przejrzeć fanty, zobaczyć to, czego nie dojrzałem wcześniej, może zamienić z kimś jednak dwa słowa. Przy szpitalu stały oczywiście ekipy telewizyjne, między innymi samochód telewizji publicznej RAI. Włączyłem samowolny "tryb beszczela", którego to trybu z uwagi na swoją introwertyczną naturę nie znoszę, ale który to bywa jednak przydatny w pracy reportera, po czym zapukałem do okna wspomnianego samochodu.

- Cześć, jestem dziennikarzem z Polski. Chciałem chwilę porozmawiać o tym co się stało - powiedziałem. - No no, szacuneczek, dziennikarze z Polski zajmują się nie tylko Rzymem i papieżem, ale i Neapolem! Bene! Klasa! - odpowiedział wyraźnie ucieszony dziennikarz. Ten sam, którego jeszcze pół godziny temu widziałem w telewizji…

Przedstawił się jako Jacopo Cecconi. Mówił też po angielsku. Tłumaczył, że sprawą żyją całe Włochy, że postrzelenie Noemi to kolejny taki przypadek w niedługim czasie, że coraz częściej w wyniku porachunków mafijnych w Neapolu, ale też i w innych włoskich miastach, ofiarami stają się przypadkowi ludzie. I że według niego ma to związek z populistyczną polityką rządu i partii Liga Północna Mateo Salviniego, szefa MSW kraju, a de facto jego przywódcy, za którym on nie przepada, podobnie zresztą jak kolega montażysta siedzący na fotelu obok. Pogadaliśmy kilka minut, Jacopo musiał jednak kończyć, bo miał kolejne wejście na żywo spod szpitala. Za pół godziny do Santobono miał bowiem przyjechać biskup Neapolu, żeby spotkać się z rodzicami dziewczynki, wciąż koczującymi nad łóżkiem swojej ukochanej córeczki.

Dwie godziny później w Neapolu i w Sienie, w tym samym czasie, co podkreślały później przez kilka dni media, doszło do dwóch wydarzeń. Gdy ranna dziewczynka Noemi w szpitalu Santobono otwierała oczy i ku uciesze całego personelu, a przede wszystkim rodziców, wybudzała się ze śpiączki, w Toskanii, w Sienie, policja zatrzymywała człowieka, który do niej strzelał - Armando Del Re, prawdopodobnie członka jednego z klanów mafii Kamorra, klanu Di Lauro, jak ustalono dość szybko.

Strelicja królewska

Mafii kamorra raczej przedstawiać nie trzeba, szczególnie z uwagi na popularną także w Polsce książę „Gomorra” Roberta Saviana, której sam nie czytałem. Tak czy inaczej, kamorra to najstarsza włoska mafia, która działa w Neapolu i okolicach już od przeszło stu lat. Jest to też bodaj najmniej hierarchiczna mafia, z wieloma klanami i odłamami, kontrolującymi nierzadko niewielkie tereny, a nawet pojedyncze ulice w Neapolu, toteż częściej niż w innych podobnych strukturach mafijnych (takich jak sycylijska Cosa Nostra czy kalabryjska 'Ndrangheta) dochodzi w niej do konfliktów wewnętrznych. Postrzelenie dziewczynki Noemi przez Armando Del Re, który w tym samym czasie zabił też członka innego klanu Salvatore Nurcaro, było tego najlepszym przykładem, a jednocześnie - jakkolwiek to by w tej sytuacji zabrzmiało - nieszczęśliwym wypadkiem. 

- Tak będzie dopóki ludzie nie zmienią mentalności i podejścia do mafii. Gdybyś zapytał mieszkańców Neapolu czy widzą problem mafii, większość odpowie ci, że takiego nie ma - mówi mi Alessandro Brancaccio, rodowity Neapolitańczyk, z którym należymy do tej samej włoskiej wspólnoty Sant’Egidio (czyli świętego Idziego; sama nazwa wzięła się od kościoła świętego Idziego na Zatybrzu w Rzymie, pierwszego kościoła wspólnoty) zajmującej się przede wszystkim pomocą osobom ubogim. Ja w Warszawie, on w Neapolu. We Włoszech Sant’Egidio popularne jest jednak bardziej niż w Polsce, w końcu stąd się wywodzi, we Włoszech jest niczym Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy dla kraju nad Wisłą. Właściwie w każdym większym mieście wspólnota ma swoją komórkę. W Neapolu prowadzi też m.in. Szkołę Pokoju dla dzieci z trudnych rodzin oraz dzieci migrantów, którą to szkołę odwiedziliśmy z P. korzystając z pobytu w mieście. Co więcej, właśnie odbywały się tam zajęcia poświęcone sprawie postrzelenia małej Noemi, więc temat wrócił do mnie po raz kolejny. Dzieci rysowały właśnie laurki dla dziewczynki i życzyły jej szybkiego powrotu do zdrowia, a wolontariusze tłumaczyli dlaczego przemoc jest zła i dlaczego mafia krzywdzi niewinne osoby…

- Przypadek Noemi nie jest pierwszym takim przypadkiem, ale tym razem czuć, że dzieje się coś nowego, może coś przełomowego - mówił mi z kolei Alessandro. I dodał, że dzień po postrzeleniu Noemi stała się rzecz niespotykana, bo jeden z synów siedzącego w więzieniu członka mafii kamorra przyznał publicznie, że taka sytuacja nie powinna się przydarzyć i że jest mu za mafię wstyd.  Nawet szef MSW, wspomniany Mateo Salvini, zapowiedział, że rząd zaostrzy walkę z kamorrą, ale nikt we Włoszech nie wie, pewnie łącznie z samym Salvinim, jak można by to zrobić. 

Alessandro tłumaczył mi także dlaczego mafia we Włoszech jest wciąż tak popularna i wpływowa: - Wyobraź sobie, że szukasz pracy. Idziesz do lokalnej fabryki. Pracodawca mówi ci jednak, że cię nie zatrudni, bo nie ma miejsc. Wkurzasz się, bo zależy ci na tej robocie. Idziesz do jednego z lokalnych capo, czyli szefów mafii. Mówisz mu, że tamten nie chce cię przyjąć, a ty chcesz pracę. Capo wysyła swojego człowieka do szefa fabryki, z prośbą, żeby cię przyjął. Musi cię przyjąć, bo jest zależny od mafii, pewnie płaci jej haracz. A jak nie płaci, to też się boi. Ty dostajesz pracę - jesteś zadowolony. Szef fabryki nie traci głowy - jest zadowolony. Mafia zyskuje człowieka - też na tym zyskuje. W ten sposób buduje się ukryte struktury, tworzy się państwo w państwie. Młodzi ludzie, w poszukiwaniu pracy, często wolą szukać szczęścia u lokalnych mafiozów, niż w urzędzie,  bo tam szybciej znajdą zatrudnienie. Szybciej utrzymają rodzinę, zaimponują dziewczynie nowym Piaggio... No i jest jeszcze jeden wymiar tej zależności. Członkowie mafii bardzo często mają powiązania z politykami. Także z czołowych włoskich partii - podkreślił Alessandro.

- No dobrze, ale gdzie miałbym właściwie iść, jeśli chcę się dostać do lokalnego capo?

- Tu wszyscy to wiedzą. (Alessandro się uśmiechnął.) A jak nie, to twój znajomy wie. To naprawdę nie jest problem. Bywa, że trudniej dostać się do urzędu.

Szkoła Pokoju w Neapolu
Między innymi dlatego Neapol to jedno z najbiedniejszych miast we Włoszech (choć jeszcze w XVIII wieku, gdy odwiedzał je Goethe, opisywał Neapol jako rajskie miasto, którego mieszkańcy żyją "w stanie ciągłego odurzenia i samozapomnienia"), a sam region Kampanii jest najuboższym w całym kraju. To właśnie tu jest największy odsetek osób ubogich i bezdomnych, dlatego dla sporego grona potrzebujących wspólnota Sant’Egidio jest jak zbawienie. Zbawienie, które przychodzi często dopiero po zmroku - mówi Alessandro - bo wielu z kloszardów w dzień ucieka z centrum miasta w stronę wybrzeża chroniąc się przed policją i służbami miejskimi i tam znajdując chwilę wytchnienia oraz miejsce spoczynku. Dopiero gdy nad zatoką zajdzie już słońce, niczym wygłodniałe psy, bezdomni z całego Neapolu wędrują w przeciwnym kierunku, z nadmorskiego pasa do miasta, szukając pożywienia i pomocy, m.in. ze strony Sant’Egidio, ale także lokalnego oddziału Caritasu. Wielu ubogich zamieszkuje też neapolitańskie przedmieścia, jadąc pociągiem turystycznej linii Circumvesuviana w stronę Pompejów i kurortu Sorrento, oprócz pięknego widoku na wulkan Wezuwiusz i wybrzeże neapolitańskie, można także dostrzec skupiska prowizorycznych budynków budowanych z desek, dykty czy blachy falistej, oraz grożące zawaleniem bloki (co widać nawet gołym okiem). 

Co musiałoby się stać, żeby mafia z Neapolu zaczęła tracić wpływy? Według Alessandro przede wszystkim musi zmienić się mentalność, szczególnie młodych ludzi, którzy w mafii widzą często jedyną trampolinę do lepszego życia, kariery, sukcesu. Żaden rząd z mafią nie wygra, wygrać mogą z nią tylko sami mieszkańcy - spuentował Alessandro. (A ja w tym momencie przypomniałem sobie, że jakiś czas temu podobne słowa usłyszałem od innego Aleksandra, Alejandro Ramizera, z meksykańskiego miasteczka Leon w stanie Guanahuato, który mówił mi jak należy walczyć z siejącymi postrach w Meksyku gangami narkotykowymi Halisco i Sinaloa). 

Gdy to piszę, jestem już w Warszawie, jest sobota osiemnastego maja, od postrzelenia Noemi mija dziś piętnaście dni. Ostatnie wieści ze szpitala Santobono sprzed trzech dni brzmią optymistycznie: "Dziewczynka jest przytomna, jej stan jest stabilny, może poruszać wszystkimi czterema kończynami, choć wciąż potrzebuje lekkiego wsparcia tlenowego. Kontynuowane są rutynowe testy diagnostyczne" - tak brzmi oświadczenie lekarzy. Armando Del Re, zatrzymany członek mafii kamorra z klanu Di Lauro, jak czytam dziś w dzienniku InterNapoli, pozostaje w areszcie, wkrótce zostanie postawiony w stan oskarżenia. Policja z Neapolu zatrzymała również brata Armando Del Re, który miał zapewniać komórce wsparcie logistyczne.