"Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on Tobie." - John Donne

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Futbol znaczy wszystko


Na Al-Shaab Stadium padły trzy gole, choć nie to było najważniejsze, jak to w meczach towarzyskich.  

Pierwszą bramkę, sześć minut po rozpoczęciu drugiej połowy, o godzinie 18.15 czasu lokalnego, strzelił kapitan Younis Mahmoud.

 - To dla mnie najszczęśliwszy dzień w życiu – mówi ze łzami w oczach, Hassan Jasin, 19-letni Irakijczyk szczupłej postury. I dodaje jeszcze, że nigdy w życiu nie widział tyle uśmiechniętych, tańczących i śpiewających rodaków w jednym miejscu.

27 marca w meczu towarzyskim w Bagdadzie zmierzyły się reprezentacje Iraku i Syrii. Ostatni raz Irak grał u siebie w 2009 roku, wtedy wygrał z Palestyną cztery do zera. Wtedy również Irakijczycy na stadionie Al-Shaab przy ulicy Al Shaibaniego uśmiechali się, tańczyli i śpiewali. Ale później przyszło wielkie rozczarowanie. 
 
 
W 2011 roku po meczu eliminacji mistrzostw świata z Jordanią, Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej FIFA nałożyła na Irak zakaz gry w kraju. Powody były dwa – awaria elektryczności na stadionie w Bagdadzie i arabska gościnność. Raz: w czasie meczu zgasło światło i za nic nie można go było naprawić. Mecz trzeba było przerwać prawie na godzinę. Chaos organizacyjny, szukanie winnego, złość piłkarzy i kibiców. Dwa: Irakijczycy wpuścili na mecz więcej ludzi, niż było to w regulaminie. Nikt nie policzył przed meczem ile można sprzedać biletów. Ludzie kupowali, ludzie na mecz wchodzili, a organizatorzy szaleli ze szczęścia. Aż zaczęło brakować krzesełek, na stadionie zrobiło się tłoczno i duszno, w różnych miejscach zaczęły wybuchać kłótnie. Te kłótnie pomogły piłkarzom, bo niosły się po stadionie dając najlepszy doping w historii. Reprezentacja niesiona kłótniami o krzesełka strzelała Palestynie jak narwana. Jeden, dwa, trzy, cztery. Dawno nie było tak efektownego zwycięstwa - i tak donośnego dopingu, jak sądzili piłkarze. Po meczu okazało się, że na stadion weszło prawie dziesięć tysięcy ludzi więcej, niż może on pomieścić. Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej musiała zareagować – nałożyła zakaz organizowania meczów na terenie całego Iraku. Reprezentacja swoje mecze rozgrywała w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i w Katarze. Ale Irakijczycy bojkotowali spotkania reprezentacji za granicą. Co to za gospodarz, który nie ma własnego domu - mówili i wstydzili się swojej reprezentacji. Zakładali koszulki hiszpańskich drużyn - Realu Madryt i FC Barcelony - ale o koszulce w czerwono-biało-czarnych barwach narodowych słyszeć nie chcieli.

FIFA zabrała Irakijczykom jedną z dwóch najważniejszych w ich życiu rzeczy – futbol. A futbol dla Irakijczyków znaczy wszystko – mówi Abdul Kadar Shamki, jeden z organizatorów meczu towarzyskiego z Syrią. – Futbol jest dla nas religią – dodaje Abdul Kadar z przejęciem w głosie i koszulką brazylijskiego pomocnika Kaki. Teraz futbol wrócił do Iraku, jak kochanka za którą się tęskni mimo upływu lat, z ciągłą nadzieją na spotkanie. No przynajmniej częściowo, bo na razie zakaz został zniesiony tylko na mecze towarzyskie, ale na przykład na mecze Pucharu Azji jeszcze obowiązuje. 

Alaa Rahem, pracownik stacji paliw mówi, że czekał na takie wydarzenie od czasu początku wojny. I idzie jeszcze dalej: - To początek nowej ery dla naszego kraju. Po raz pierwszy od dłuższego czasu stało się coś optymistycznego. Nie mogę uwierzyć własnym oczom – mówi i klaszcze w ręce, jakby brał udział w zawodach na najszybsze klaskanie na świecie.

To, co mówi Alaa bardzo dobrze oddaje mentalność Irakijczyków, w ogóle ludzi Bliskiego Wschodu. Dla człowieka z tego rejonu świata liczy się to co udokumentowane, co stało się w określonym momencie i w określonych warunkach. O czym można opowiadać i co przede wszystkim - da się nazwać. Dla człowieka Bliskiego Wschodu liczy się to, co potwierdzone. Liczy się coś namacalnego. Liczy się punkt. I to najlepiej - tu i teraz. 


Od czasu zakończenia II wojny w Zatoce Perskiej Irakijczykom brakowało takich punktów. Punktów optymistycznych. Wojna się zaczęła, wojna trwała, ale wojna się w zasadzie nie skończyła, bo nikt im tego nie powiedział. Więc Irakijczycy żyją ze świadomością wojny, zresztą inaczej być nie może. Od czasu wyjazdu Amerykanów w 2011 tym roku w kraju wciąż dochodzi do konfliktów, ataków terrorystycznych – na oczach Irakijczyków wciąż giną ludzie. Wypowiedź jednej z bohaterek reportażu pod tytułem "10 lat po wojnie", który niedawno pokazała stacja CNN, świetnie oddaje klimat jaki panuje w Iraku: - Niby wszystko jest w porządku. Idziesz do pracy, przychodzisz do domu. Włączasz telewizję, słuchasz wiadomości. Mówią o zamachu, trzy ulice dalej. Byłaś tam, jak szłaś do tej pracy. 

Przykładów nie trzeba szukać daleko: trzy godziny przed meczem na stadionie Al-Shaab w Bagdadzie, na przedmieściach miasta doszło do ataku samobójczego. Sześć osób zabitych, kilkanaście rannych. Tydzień wcześniej jeszcze więcej osób zginęło w wyniku eksplozji samochodów-pułapek, co odbiło się sporym echem także w zachodnich mediach.

A cztery godziny po tragedii na przedmieściach - pięćdziesiąt tysięcy Irakijczyków oszalało ze szczęścia. – To wyglądało tak, jakby w jednym momencie uleciały z nas te wszystkie pozytywne emocje, które magazynowaliśmy przez wiele lat, bo nie było okazji z nich skorzystać. Wyobraź sobie taką puszkę konserwową ze spontaniczną radością. Radości przybywa, ale mimo to wieczko jest zamknięte. I nagle otwierasz puszkę i bach – mówi Hassan Jasin. 

Puszka otworzyła się w 56 minucie meczu Iraku z Syrią na stadionie Al-Shaab w Bagdadzie, który jeszcze nie dawno był bazą amerykańskich sił zbrojnych. Sześć minut po rozpoczęciu drugiej połowy pierwszego gola dla Lwów Mezopotamii, jak nazywana jest drużyna Iraku, strzelił kapitan Younis Mahmoud.  

Gdy piłka znalazła się w siatce, Irakijczycy dostali drugą najważniejszą rzecz w życiu– poczucie wspólnoty. Dla Arabów wspólnota to wszystko, tak jak wszystkim jest futbol. Wspólnota to jednak stan duchowy, którego dokumentacją jest rodzina, a w sensie przestrzennym – miejsce zamieszkania. Arab często identyfikuje się właśnie poprzez miejsce zamieszkania. Tymczasem wojna spowodowała rozproszenie więzi - rodzinnych, przestrzennych, narodowościowych. Wielu Irakijczyków opuściło swoje domy i nigdy do nich nie wróciło. Wielu straciło członków rodzin, często najbliższych. Wojna podzieliła kraj wielopłaszczyznowo. Sunnici, szyici, chrześcijanie. Arabowie, Kurdowie. Przeciwnicy Amerykanów i Brytyjczyków, zwolennicy Amerykanów i Brytyjczyków. Spiskowcy, postępowi, niezaangażowani. Tych ostatnich było i jest najwięcej, zresztą jak podczas każdego konfliktu zbrojnego. Centrum wojny zawsze stanowią ludzie, którzy jej nie chcieli. Którzy chcą świętego spokoju, dachu nad głową, codzienności. 



Po obaleniu Saddama Husajna i dziesięciu latach wojny największym dążeniem Irakijczyków jest właśnie dążenie do codzienności. Najbardziej widać to w dużych miastach, jak choćby w stolicy – Bagdadzie, a w środę było to widać na stadionie Al-Shaab. Bagdad jest miastem na pierwszy rzut oka jak każde inne. Głośny organizm złożony z budynków, ulic, ludzi, pojazdów i innych rzeczy, w którym dominuje ruch. O odmienności Bagdadu decydują minuty, a właściwie sekundy. Nagle kilometr od stoiska z owocami, na którym robisz zakupy, wybucha bomba w samochodzie. Giną trzy osoby. Chwila płaczu, chwila tragedii, którą miasto pożera i o której szybko zapomina, jak o zwykłym wypadku samochodowym.  Za chwilę wszystko wraca do normy. W miejscu wybuchu, klaksony. W miejscu płaczu - śmiech młodej pary. Tragedia wędruje na kartkę, do mikrofonu, na filmową taśmę, gdzie zostaje pozbawiona emocji, wyzbyta z człowieczeństwa i przerobiona na bezrefleksyjną krótką informację w wieczornych wiadomościach. Koniec i kropka. Dzień jak co dzień. 

W środę 27 marca w świetle jupiterów pięćdziesiąt tysięcy osób ze łzami szczęścia w oczach krzyczało "Sunnici, szyici, bracia!", "Irak, ciągle żywy!", "Wszyscy jesteśmy Irakijczykami!". Mecz piłkarski stał się w pewnym sensie namiastką wspólnoty narodowej, mocniejszym akcentem codzienności. Co ważne - akcentem dokumentowanym, nazwanym, punktowym. Akcentem po arabsku.

Nagle w 81 minucie, piłkarz w czerwonej koszulce, napastnik Syrii Omar Halaby strzelił bramkę na 1:1.

Poruszenie wśród Syryjczyków. 

"Syria, Syria pozostaje w naszych sercach!" – ryknęli po bramce Halaby’ego jedni.

"Baszar, Baszar pozostaje w naszym sercu!" – odpowiedzieli drudzy.


Dla Syryjczyków mecz towarzyski z Irakiem miał inny wymiar. Nie był próbą potwierdzenia normalności, a tęsknotą do niej. Można powiedzieć: sentymentalnym, pełnym żalu i chwilowym jej zaznaniem. Podczas gdy Irak odbudowuje się po zniszczeniu, Syria w to zniszczenie coraz bardziej brnie. W wojnie domowej reżimu al-Asada z rewolucjonistami zginęło już kilkadziesiąt tysięcy osób i zginie niestety jeszcze więcej. Państwo, które jeszcze na początku naszego wieku było mocarstwem – wspólnie z Irakiem i Egiptem – teraz jest w stanie agonii. Politycznie, gospodarczo i co najbardziej przerażające - dosłownie. 

Radość kibiców z Syrii, pozornie podobna, była więc radością różną od tej jaką zaprezentowali Irakijczycy. Ta pierwsza była spontaniczna, pełna, ukorzeniona. Ta druga – wyważona, pozbawiona przyjemności, bardziej asekurancka. W tej pierwszej czuć było choćby krótkotrwałą jedność, w tej drugiej – podziały i niepewność. Jedni trzymali flagi z podobizną al-Asada, inni flagi narodowe, na syryjskich kibicowskich falach brakowało jedności. Nie można odczuwać przyjemności ze wspólnoty, gdy kraj pogrążony jest w wojnie, gdy rodacy, krewni, umierają na potęgę. W ogóle - nie można odczuwać przyjemności, gdy ma się coś na głowie. A co, jeśli od dwóch lat ma się na głowie śmierć. 

Ale z gola dla Syrii cieszyli się też Irakijczycy. W końcu to Irakijczycy zaprosili Syryjczyków, żeby zagrali z nimi w piłkę. Po angielsku mecze towarzyskie to "friendly games", co bardziej wartościuje je w stronę spotkań rozgrywanych po przyjacielsku. - Syria jest naszym sąsiadem, potrzebuje naszego wsparcia. I podobnie jak my, wciąż walczy przede wszystkim o wolność i święty spokój – mówi jeden z kibiców Khalid al-Jumaili, z zawiązanym na głowie szalikiem reprezentacji. Irakijczycy żyją w dobrych stosunkach z Syrią, są wdzięczni Syryjczykom za to, że kilka lat temu w czasie wojny otworzyli granice dla uchodźców z Iraku i otoczyli ich arabską gościnnością. 

Tymczasem bramka! W doliczonym czasie gry, gola na 2:1 dla Iraku, strzelił Ali Rihaima.

"Tak! Tak dla Iraku!" – zaczęło nieść się po stadionie. 

"Syria, Syria, pozostaje w naszych sercach" – wtórowali goście. 

Chwilę później, sędzia mecz skończył, dwa do jednego dla Iraku, na Al-Shaab Stadium zaczęły gasnąć jupitery. 

Al-Shaab to po arabsku ludzie. Al-Shaab Stadium to Stadion Ludowy, stadion dla ludzi. Na towarzyskim spotkaniu Iraku z Syrią pojawili się zarówno szyici jak i sunnici, zwolennicy reżimu al-Asada i rewolucjoniści, choć głównie ci mieszkający na co dzień w Iraku. Pochodzenie, religia czy przynależność polityczna - tego wieczoru nie było to istotne. 

Tak jak nie istotne były trzy gole, jak to w meczach towarzyskich. W środę 27 marca 2013 roku na stadionie Al-Shaab w Bagdadzie Irakijczycy i Syryjczycy dostali przecież coś więcej: wspólnotę i futbol.

Wielu z nich powie, że na chwilę dostało wszystko.   




niedziela, 24 lutego 2013

Dzieci mrozu


Z BBC:

W Skandynawii sposób na hartowanie małych dzieci zimą: wystawianie wózków na powietrze.  Kolorowe dziecięce wózki stoją przed kawiarniami, restauracjami, przedszkolami, na podwórkach i balkonach. W Sztokholmie niektóre kawiarnie udostępniają nawet specjalne miejsca - wózkowe parkingi - które są widoczne przez okna dla siedzących wewnątrz. 



Minusowe temperatury nie zniechęcają rodziców do urządzania swoim pociechom drzemek na powietrzu. Wprost przeciwnie - spanie na zewnątrz podczas mrozu ma służyć zdrowiu i uodparniać na choroby. Jedna z największych w Finlandii uczelni Uniwersytet w Oulu upubliczniła ostatnio badania na temat korzystnego wpływu "drzemek na powietrzu" na zdrowie maluchów. W oficjalnym poradniku wychowania dzieci dla rodziców "Vauva syntyy Suomessa" wydanym przez Ministerstwo Pracy, pośród wielu cennych rad dla młodych rodziców (tu po angielsku: http://pre20031103.stm.fi/suomi/eho/julkaisut/mamuvauva/vauva_englanti.pdf)  również znalazło się zalecenie, żeby umożliwiać dzieciom spanie poza pomieszczeniami. Przed wieloma szwedzkimi przedszkolami stoją rzędy wózków w śniegu, gdy przychodzi pora na drzemkę.  W jednym z nich, Forskola Orren, niedaleko Sztokholmu, dzieci są wystawiane na zewnątrz do trzeciego roku życia. - Jak robi się poniżej 15-stu stopni Celsjusza, owijamy dzieci kocykiem - mówi jeden z nauczycieli placówki Brittmarie Carlzon.  




Drzemki na powietrzu są popularne we wszystkich krajach Skandynawii. Optymalna temperatura - minus pięć stopni. Wielu badaczy twierdzi, że taki sen jest bardzie wydajny i dłuższy od snu w pomieszczeniu. Wewnątrz dziecko śpi średnio od jednej do dwóch godzin, na zewnątrz - od półtorej godziny do trzech. Jednocześnie Skandynawowie dbają o odpowiednie ubranie maluchów wystawianych na minusowe temperatury. Wełniana odzież powinna być jak najbliżej ciała, do tego ważny jest ciepły śpiwór - mówią. Bo w Skandynawii "nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie".

poniedziałek, 11 lutego 2013

Miłość w kraju laojiao



Państwo Qingxia byli niczym nie wyróżniającą się chińską rodziną. Nigdy nie mieli kłopotów z prawem, nigdy nie protestowali przeciwko władzy. Zamieszkiwali w Yichun City w wysuniętej daleko na północny wschód prowincji Heilongjiang. Pan Song Lisheng pracował w kopani węgla kamiennego, Pani Chen - w sklepie spożywczym, w którym można było kupić co dwa dni chleb, co cztery dni jajka, a co tydzień mięso. 12-letni syn państwa Qingxia, Song Jide, fan komiksów i drużyny koszykarskiej Los Angeles Lakers, zaczął naukę w szkole średniej, ale już myślał o studiach za granicą. Rodzice obiecali mu, że jak zaliczy gaokao (chińską maturę), poślą go do Europy.

Państwo Qingxia rzadko mieli czas dla siebie, widywali się praktycznie nocami, ale byli szczęśliwym małżeństwem. Często żartowali, że miłość zostawiają na później, jak będzie więcej czasu, bo przecież jak nie ma czasu, to wystarczy sama myśl, że się kogoś kocha z wzajemnością.  

Po dziesięciu latach o miłość jest jednak jeszcze trudniej. Pan Qingxia przebywa w szpitalu psychiatrycznym, Pani Qingxia porusza się na wózku, po trzech latach spędzonych w opuszczonej kostnicy, a po Song Jide ślad zaginął. I to nie jest scenariusz filmu grozy. 

Wszystko zaczęło się w 2003-tym roku, gdy pan Qingxia zachorował na ciężkie zapalenie płuc. Wcześniej też chorował na płuca, ale tłumaczył to specyfiką pracy. Pylicę, chorobę górników, przeleżał w domu. Uznał, że i tym razem obędzie się bez wizyty u lekarza czy pobytu w szpitalu. Szczególnie, że wizyta u lekarza była dla państwa Qingxia wydatkiem równym sześciu miesiącom pracy albo wszystkim oszczędnościom.  

Stan pana Qingxia się jednak pogarszał, doszły duszności i nieludzka gorączka. Wreszcie decyzja - pieniądze zbierane na edukację syna trzeba będzie wydać, zdrowie jest najważniejsze. Pan Qingxia trafił do szpitala, a potem do specjalnego ośrodka kwarantanny. Nie wiedział, że choruje na SARS, ponieważ rząd chiński ukrywał to, gdy wybuchła epidemia. W ośrodku przybywało łóżek, stan wielu pacjentów się pogarszał. Gdy skończyły się łóżka, ludzie zaczęli umierać na stojąco. Pan Qingxia nie wytrzymał, postanowił uciec z ośrodka. Był przekonany, że on też wkrótce umrze, chciał pożegnać się z żoną. Gdy próbował sforsować drewniane ogrodzenie, wpadł w ręce policji. Trafił - tak jak stał i ze śmiertelną chorobą - do więzienia, a stamtąd, po trzech miesiącach, przeniesiono go z powrotem do szpitala. Tam chorobę płuc zamieniono na schizofrenię. 

Pan Qingxia wrócił do domu z obrażeniami na ciele i na skraju obłąkania. Przerażona stanem swojego męża Chen postanowiła interweniować u władz centralnych, choć była świadoma konsekwencji. Górę znowu wzięły jednak uczucia i Chen pojechała z synem do Pekinu domagać się odszkodowania za nieludzkie traktowanie męża. Złożyła petycję w Biurze Skarg - takie miała prawo i tak podpowiadały emocje, a poza tym wierzyła w państwo i wierzyła w sprawiedliwość. Chwilę po tym - panią Qingxia porwano i przewieziono na osiemnaście miesięcy do obozu pracy*. Dwa dni później, do szpitala psychiatrycznego trafił jej mąż. Do dziś nie wiadomo co stało się z synem państwa Qingxia– Song Jidem. 




Po odbyciu kary zrozpaczona Chen postanowiła szukać Song Jida, walczyć o powrót męża i nagłaśniać swój dramat wśród lokalnej społeczności. Została za to ponownie skazana - przetransportowano ją do opuszczonej kostnicy na trzy lata. Spała w zimnym pomieszczeniu, w którym przygotowywano do ostatniej drogi większość zmarłych z Yichun. Nie wychodziła na powietrze. Jedzenie przynosił jej strażnik, który pilnował budynku. Nie wiedziała co dzieje się z jej mężem i synem. Jak powie później w wywiadzie dla portalu CNR: pocieszała się myślą, że gdziekolwiek są - na pewno też o niej myślą. 

W grudniu 2012-go roku na jednej z ulic w dzielnicy Dailing ktoś podniósł kartkę z błaganiem o pomoc. Chen wyrzucała je przez okna z nadzieją, że ktoś zainteresuje się jej losem. Podobne kartki naklejała na szyby, ale kostnica była położona daleko od ulicy, a przód budynku zasłaniał specjalnie duży zdezelowany van. Dodatkowo przy oknach więzienia pani Qingxia ciągle podrzucano gnój, który miał odpychać ludzi.

Wreszcie sprawa trafiła do mediów i do Internetu. W Chinach zawrzało. Zaprotestowały też organizacje broniące praw człowieka. Do tego stopnia, że rząd z nowym prezydentem na czele postanowił ustosunkować się do apeli o uwolnienie Chen. W piątek 8 lutego agencja Reuters podała, że Chen zostanie wypuszczona z więzienia oraz dostanie odszkodowanie i nowe mieszkanie. Trwają też poszukiwania syna państwa Qinxia, który zaginął w trakcie porwania Chen w 2007 roku.  

Po trzech latach przerwy Chen spotkała się z mężem - teraz marzy, żeby zobaczyć jeszcze Song Jida. Jej stan zdrowia pogarsza się, jest przykuta do wózka. "Mam coraz mniej czasu, choć miałam mieć go coraz więcej" - powiedziała w wywiadzie reporterowi CNR.

Dziwny jest ten świat.



* W Chinach obozy pracy to narzędzie wykonawcze systemu re-edukacji. Re-edukacji poprzez pracę, czyli laojiao, poddawani są najczęściej drobniejsi przestępcy, prostytutki, przeciwnicy rządu, członkowie sekt, przemytnicy czy tak jak w przypadku Pani Qingxia – niewygodni petenci. Obozów jest około 350-ciu. Można do nich trafić bez wyroku sądowego, zwykle na cztery lata. Wystarczy zwykła decyzja urzędnicza. System lao jiao działa od 1957 roku i w znaczącym stopniu poprawia stan chińskiej gospodarki, ponieważ obozy działają jak przedsiębiorstwa kontrolowane przez państwo, które zdobywają inwestorów, często zagranicznych i sprzedają produkty na światowe rynki

7-go stycznia w Pekinie podczas ogólnoświatowej konferencji na temat systemu prawa i wymiaru sprawiedliwości chiński minister bezpieczeństwa Meng Jianzhu poinformował, że Chiny zniosą w tym roku laojiao. Później chińska państwowa agencja prasowa Xinhua sprostowała, że system re-edukacji poprzez pracę ma zostać zreformowany, a nie zniesiony. Na czym ma polegać reforma – nie wiadomo. Można się jednak domyślać, że będzie ona większa na papierze niż w rzeczywistości. 

wtorek, 25 grudnia 2012

Od Havla do nigeryjskiej rewolucji komórkowej


Świetny Vaclav Havel w „Wyborczej” (LINK):

1. Cywilizacja jako twór złożony z  globalnego „naskórka” i  wielokulturowej reszty - jakże trafne wyobrażenie!

2. Że trzeba być odpowiedzialnym za „instrumenty” cywilizacyjne, które stwarzamy i używać je z głową.

3. Że ludzkość powinna szanować wartości tradycyjne na zasadzie globalnej umowy, dzięki czemu podchodziłaby do świata z pokorą, a nie pychą.


W nawiązaniu do tego: Afrykę zalewają telefony komórkowe. Na kontynencie jest już ponad 750 milionów abonentów. Na stu Afrykańczyków - 65-ciu ma komórkę. Coraz większą popularnością cieszy się system „M-health”, mobilne pogotowie, dzięki któremu kobiety praktykują naturalne metody planowania rodziny, a leki docierają do odległych zakątków lądu.   


Jednak - tak jak telefony mogą ratować życie, tak i mogą być ogniwem rewolucji. Pokazała to wojna w Afganistanie czy wydarzenia Arabskiej Wiosny. Teraz telefony trafiły w ręce Ibo. 

Ibo to plemię afrykańskie zamieszkujące głównie wschodnią i północną część Nigerii. SMS-y, które wysyłają Ibo coraz częściej mają treść: „Biafra będzie żyć wiecznie” czy „Nic nie zatrzyma nas!”, a ostatnio także „Islam niesie śmierć, uważaj!”.

Ibo od zawsze byli indywidualistami. Nie mieli wodzów, ale ich nie potrzebowali, bo Ibo sami sobie byli panami. Historycy zajmujący się Afryką nazywają Ibo „Żydami Afryki”. To dlatego, że Ibo najpierw – w latach 60-tych sprowadzili do Nigerii rowery, a potem wsiedli na nie i tym sposobem rozprzestrzenili się po całym państwie trudniąc się handlem i rzemieślnictwem.  Ibo na rowerach docierali wszędzie, głównie na północ, gdzie było najwięcej pracy i gdzie działo się najwięcej. Ale na północy Ibo nie byli mile widziani. Zabierali pracę, mówili innym językiem. Byli głównie poganami, podczas gdy mieszkańcy północy – muzułmanami. Przede wszystkim jednak Ibo byli bardziej inteligentni od ludzi z północy, głównie z plemienia Hausa. Mądrość dla Hausa stała się zagrożeniem, dla Ibo – orężem.

W 1966 roku rodzice i dziadkowie dzisiejszych Ibo, mimo że nie znali jeszcze komórek, przewrócili do góry nogami młodą Nigerię i przestraszyli całą Afrykę. Zażądali niepodległości, ponieważ nie czuli się związani z muzułmańską Północą, która trzymała formalnie władzę. Ożywione miasteczko Enugu, gdzie przy głównych ulicach są kopalnie węgla, w krótkim czasie stało się ośrodkiem rewolucji. Z całego kraju tysiące Ibo pedałujących na rowerach zmierzało na wojnę domową z islamistami z północy. Główną bronią i jednych i drugich były miecze, noże i stalowe haki. Na czele secesjonistów ze wschodu stanął Emek Ojukwu, 33-latek, który wrócił ze studiów w Oksfordzie i wstąpił do armii. 

Ojukwu naczytał się wiele o wolności człowieka i słowa, więc postanowił, że o tę wolność zawalczyć w swoim kraju. Miał ku temu warunki, bo lokalna polityka była niezwykle wybuchowa i nacjonalistyczna i byle większy charakter mógł doprowadzić do rozłamu w kraju. W maju 1967 Ojukwu, po wcześniejszych pogromach Ibo na Północy, ogłosił niepodległość wschodniej części kraju i nazwał ją Republiką Biafry. W Nigerii wybuchła niezwykle brutalna i wyniszczająca wojna domowa. Jednak im dłużej trwała, tym większe straty odnosili Ibo. Ibo byli w zdecydowanej mniejszości, a poza tym umierali z głodu i chorób, bo większość usług w kraju kontrolował rząd, przed którym Ibo musieli się kryć. W ostatnich miesiącach doszło do tego, że uciekali i ukrywali się przed armią rządową na przykład w cysternach z paliwem. Dodatkowo Ibo nie dostali wsparcia ze strony państw afrykańskich, ponieważ nie uczestniczyli w polityce apartheidu. W efekcie w 1970 roku stłumiono secesję, flagę Biafry spalono, Ojukwu uciekł do Wybrzeża Kości Słoniowej, ale piosenki o wojnie śpiewane przez Ibo zostały do dziś.



Można je znaleźć na płytach CD i DVD w centrum Enugu, gdzie ciągle na głównych ulicach zalegają grudki węgla z wlewających się na jezdnię kopalni. Duch Emeka Ojukwu nie zginął, a ostatnio czuć go coraz bardziej – i to nie tylko z powodów niepodległościowych dążeń Ibo. Tak jak czterdzieści dwa lata temu rewolucja przyjechała na rowerach, tak teraz rewolucję może zapoczątkować SMS. Muzyka z płyt coraz częściej ląduje w telefonach i jest ustawiana jako dzwonek albo budzik. Ibo budzą się więc rano słysząc „Biafra będzie żyć wiecznie” i „Nic nie zatrzyma nas”. Smsy tej treści opanowują Nigerię tak jak kiedyś opanowywały ją dwa kółka. Ibo są mniejszością w Nigerii, nie mogą przeżyć tej marginalizacji. Jak już zostało napisane - Ibo to indywidualiści, jedni z największych na całym kontynencie. Indywidualizm zaś wymaga miejsca, a Ibo w swoim indywidualizmie się duszą. Dlatego znowu marzą o niepodległości. W listopadzie zorganizowali marsz niepodległości Biafry. Wydarzenie odbyło się w rocznicę urodzin dawnego lidera Emeka Ojukwu, który zmarł w 2011 roku. Doszło do starć z władzą federalną, na szczęście obyło się bez ofiar.  

Indywidualizm Ibo pogłębia dostęp do kultury i technologii. W Nigerii, zresztą jak w całej Afryce, najbardziej osobistą rzeczą staje się pomału telefon komórkowy. Oprócz telefonów komórkowych Ibo oglądają też coraz więcej filmów i czytają coraz więcej książek. Ostatnio furorę robią dwie: wspomnienia  Chinuy Achebe „Był taki kraj: Historia Biafry” oraz „Połówka żółtego słońca”, zekranizowana książka Chimamandy Achidie, która jest do kupienia także w Polsce (przetłumaczona!). Każdy kto przeczyta przynajmniej jedną z nich lub wyjdzie z kina, naładowany jest chęcią wzniecenia krwawej rewolucji. W pobliżu pomnika „Nieznanego żołnierza” w Enugu coraz więcej chłopców oprócz piłki nożnej paraduje z bronią w ręku. Dodatkowo na wschodzie coraz lepiej sprzedaje się piwo o nazwie „Bohater”, na którego etykiecie namalowane jest wschodzące słońce – symbol rewolucji Ibo.


Być może jednak zanim Ibo zdecydują się usankcjonować tożsamość, będą musieli o nią zawalczyć. W północnej Nigerii strach sieją islamiści, którzy wybijają chrześcijan i dążą do utworzenia państwa z prawem szariatu, czyli niezwykle radykalnej religii, w której na przykład za kradzież grozi obcięcie rąk. Radykalna grupa „Boko Haram” jest odpowiedzialna w 2012 roku za śmierć blisko 600 osób. Ofiarami maczet padają głównie kobiety i dzieci. Nienawiść do Północy rośnie, z kolei wielu  mieszkańców Północy ciągle gardzi ludźmi ze Wschodu. Islamiści nie lubią Ibo, bo ci są jeszcze bardziej wykształceni i inteligentni niż czterdzieści lat temu. Mają nawet swoją stronę internetową:  ibopeople.com, na której podkreślają niezależność i kulturową witalność.  Z kolei większość islamistów nie korzysta z telefonów komórkowych, które są dla nich symbolem nowych czasów i służą służbom bezpieczeństwa do ich demaskowania. 

Między innymi dlatego grupa „Boko Haram” 22 grudnia wysadziła w powietrze biura dwóch telefonii komórkowych – Airtel i MTN, a wcześniej zaatakowała ponad 20-ścia telefonicznych masztów. Radykalni islamiści poczynają sobie coraz śmielej głosząc wszem i wobec o powstaniu państwa muzułmańskiego. Nigeria jest coraz bardziej podzielona, a rząd, na którego czele stoi chrześcijanin Goodluck Jonathan, wobec tych wydarzeń jest bezsilny. Boi się wzniecić ogień, bo może on szaleć dłużej niż ten zapoczątkowany w 1967 roku przez Ibo. 

Ibo na razie nie chcą iść na wojnę, chociaż coraz częściej mówią o niepodległości. Północ też oszczędza Wschód, skupiając się na Zachodzie, gdzie jest najwięcej chrześcijan. W efekcie - w Nigerii trwa cicha święta wojna. Można powiedzieć, że w „szalonym kraju” do rozpoczęcia głośnego konfliktu brakuje chyba tylko silnego charakteru, wodza. Ale wśród Ibo są silne charaktery i przede wszystkim – są też chrześcijanie. Dlatego prędzej czy później, jeżeli islamiści nie opadną z sił, oczy Północy zostaną skierowane także i na Ibo. Wówczas za religią może iść nacjonalizm, a za nacjonalizmem telefony komórkowe. Duch rewolucji ożyje, a o Nigerii będzie jeszcze głośniej.