"Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on Tobie." - John Donne

niedziela, 6 kwietnia 2014

Rwanda to my


"Różnie szacują liczbę ofiar. Jedni podają - pół miliona. Inni -milion. Tego dokładnie nikt nie obliczy. Przeraża najbardziej to, że wczoraj niewinni ludzie wymordowali innych, zupełnie niewinnych ludzi, i to bez żadnego powodu, bez potrzeby. Zresztą gdyby to nawet nie był milion, tylko na przykład jeden niewinny, czy wówczas też nie byłby to dostateczny dowód, że diabeł jest wśród nas, tyle że wiosną 1994 roku przebywał akurat w Ruandzie?" - pisał o ludobójstwie w Rwandzie* Ryszard Kapuściński. Właśnie mija 20 lat od tej tragedii. 

To było jedno z najdziwniejszych wydarzeń w historii świata. Najdziwniejszych - bo nieuzasadnionych. Zło uzasadnione jest przygnębiające, bo uświadamia, że potrafimy - jako ludzie - racjonalnie je wytłumaczyć. Jeszcze bardziej przygnębiające, a wręcz przerażające, jest jednak zło nieuzasadnione, bo świadczy o czymś jeszcze gorszym - że nie znajdujemy na niego wytłumaczenia, a jednocześnie jesteśmy do niego zdolni. My, nie oni. Rwanda jest nam bowiem bliska bardziej, niż się nam wydaje. Dlatego warto o niej chwilę pomyśleć.

Ale najpierw, w kilku słowach - jak w ogóle do tego doszło.

*

W Rwandzie od wieków mieszka społeczność nazywana Banyaruanda. Banyaruanda znaczy "ci, którzy pochodzą z Rwandy". Ta społeczność dzieli się na dwa główne plemiona - Tutsi i Hutu. Aż do połowy XX wieku między dwiema kastami istniały stosunki lenne - Tutsi (właściciele stad bydła) byli seniorami, a Hutu (rolnicy) wasalami. Tak więc Tutsi był panem, a Hutu poddanym. Przez lata był to układ akceptowalny. I może dramatyczny konflikt nie zacząłby narastać, gdyby nie to, że Rwanda jest bardzo małym krajem, wielkości mniej więcej województwa lubelskiego. W dodatku to kraj górzysty, gdzie nie wszędzie da się mieszkać, uprawiać ziemię i hodować zwierzęta.

I teraz: na tym małym, często nieprzyjemnym, skrawku ziemi już w połowie XX wieku mieszkają prawie 3 miliony ludzi. Dla tych trzech milionów ludzi największym skarbem jest ziemia. Ale tej ziemi zaczyna ubywać. Tutsi są w mniejszości - ale jest ich coraz więcej. A że są panami, zaczynają podbierać ziemie Hutu. Hutu, którzy są w większości i też robi się ich więcej, tracą ziemię i przestrzeń do życia. Zaczynają się dusić, zaczynają się buntować przeciwko Tutsi, przeciwko władzy. A władza w Rwandzie to system naczyń powiązanych, bardzo hierarchiczny. Organizacja ta sprawdza się w czasie pokoju, ale jest wielkim zagrożeniem w okresie buntu, ponieważ nawet niewielki chaos, na niższym szczeblu, może wywołać wielką katastrofę. Do tego dochodzi propaganda. W latach 50-tych Hutu powtarzają mit mówiący o tym, że Tutsi są obcymi najeźdźcami, nie wywodzącymi się z Banyaruanda, którzy najechali na Rwandę i podporządkowali ich sobie jeszcze przed epoką kolonialną. Jak pisze historyk Martin Meredith, o takiej wersji zdarzeń pisali w swoich raportach europejscy podróżnicy z dziewiętnastego wieku. Hutu wzięli od nich te głosy, uwierzyli i zaczęli powtarzać między sobą: zobaczcie, tak się rządzą, a nie są Rwandyjczykami z krwi i kości.

W 1959 roku dochodzi do pierwszej rzezi, o której stosunkowo mało się mówi - chłopi Hutu ruszają przeciwko Tutsi. Ginie około 20-tysięcy Tutsi. Hutu przejmują władzę w państwie. W kolejnych latach dochodzi do kolejnych pogromów.

Odwet Tutsi, zemsta Hutu, zemsta Tutsi,  odwet Hutu. 

Część Tutsi, najczęściej bardzo młodych, którzy uciekli z Rwandy w 1959 roku i w latach późniejszych, dorasta, szkoli się i pała chęcią do zemsty. Łącznie z kolejnym pokoleniem rośnie również spirala niechęci obu rodów.

W 1990 roku Tutsi z Rwandyjskiego Ruchu Narodowego przepuszczają atak na terytorium Rwandy z baz w Ugandzie. Rwandyjski rząd przeciwstawia się natarciu - tak zaczyna się wojna domowa. Ówczesny prezydent Juvenal Habyarimana, który ma już w planach operację przeciwko Tutsi, wykorzystuje sytuację. Oskarża Tutsi o kolejne ataki (jeden z nich na Kigali sam prokuruje), zwiększa liczebność armii, szerzy propagandę. W 1993 roku, po udaremnionym natarciu Tutsi na Kigali, przy pomocy francuskich wojsk, obie strony ogłaszają zawieszenie broni. Mogłoby się wydawać, że idzie ku dobremu, przynajmniej na powierzchni.

W sierpniu w Aruszy w Tanzanii dochodzi do podpisania porozumienia pomiędzy rządem Rwandy a Rwandyjskim Frontem Narodowym, złożonym w większości z Tutsi. Organizacja Narodów Zjednoczonych powołuje specjalną komórkę, która ma dbać, żeby strony przestrzegały porozumienia. Zło czai się jednak wewnątrz, a napięcie, które narastało przez lata, nie chce wyparować jak woda z organizmu podczas upałów. Zgromadzone przez lata napięcie szuka innego ujścia.

Gdy człowiek przez długi czas przejawia złe emocje wobec kogoś, to porozumienie zwykle nie przynosi na początku ulgi, a bardziej rozczarowanie, uczucie poddania się, porażki. Musi trochę czasu upłynąć zanim rany się zagoją, a zgoda przejdzie w faktyczną akceptację.

Hutu, z których wywodzi się też prezydent Habyarimana, nie mogą przeżyć tego, że mają godzić z się z Tutsi. I że nakazał im to Hutu - czyli ich człowiek.  W efekcie w armii, w służbach bezpieczeństwa, w administracji i nie tylko, powstaje tak zwana sieć zerowa, którą zaczyna się utożsamiać jako ruch Hutu Power, sprzeciwiający się uległej - w mniemaniu Hutu - postawie rządu wobec Tutsi. Ruch ten buduje nastrój lęku wśród innych Hutu, oparty na twierdzeniu, że Tutsi po cichu chcą przejąć władzę i tylko układają się z rządem dla niepoznaki. Jeszcze w 1993 roku wybucha fala masowych zabójstw, w których ginie około 150 tysięcy ludzi.

No i wreszcie - ten symboliczny początek. 6 kwietnia dwie rakiety zestrzelają samolot, którym wracał do Kigali prezydent Habyarimana. Do dziś nie wiadomo, kto był za to odpowiedzialny. Hutu oskarżają o to Tutsi z Rwandyjskiego Frontu Narodowego. Według nich, miały w tym pomóc wojska belgijskie. Kilka dni po tym wydarzeniu belgijski kontyngent wyjeżdża z kraju, zostawiając tysiące cywilów na pastwę losu. Podobnie postępują inne wojska międzynarodowe. Później dzieje się to, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Ekstremiści Hutu rozpoczynają zemstę na Tutsi, ale także na sporej grupie opozycyjnych Hutu. W ruch idą maczety, rozpoczyna się rzeź.

*

Jan Paweł II podkreślał, że człowiek jeszcze bardziej się nim staje, gdy odkryje swoją przynależność, swoją kulturę. Gdy znajdzie odpowiedź na pytanie kim jest, gdy czuje się do czegoś przywiązany - także do ziemi ojczystej. Dopiero wówczas czuje się wolny. 

Dla wielu, nie tylko afrykańskich krajów, okres postkolonialny był trudnym okresem - odnajdywania przynależności, odkrywania siebie właśnie. To był dla wielu narodów, plemion, struktur domowych, problem najważniejszy. Druga sprawa: afrykańskie państwa ogłaszając niepodległość, stawały się wolne od kolonii, ale wewnątrz wciąż istniało wiele układów patronackich. Dla wielu Afrykańczyków wolność była więc pozorna, co wywoływało gorycz i nastroje buntownicze. Wielu Tutsi i Hutu, którzy spełniali swoje role przekazane im przez przodków, nie było pewnych czy są tymi, za których są uważani, za których sami siebie uważają. Nie byli pewni swojej wolności, swojej przynależności. Wielu z nich żyło obok siebie, i nie dla siebie, wykonując tylko swoje role. Życie obok siebie to duże zagrożenie. Z jednej strony może czynić człowieka silniejszym, ale z drugiej strony czyni go też bardzo ryzykownym, wyzbywa z emocji, zabiera dystans i samoświadomość.

Być może tak czuło się wielu Tutsi i Hutu, zanim przyszła tragiczna wiosna 1994 roku. Być może tak czują się i dziś ( - Te maczety wciąż nie zostały tam zakopane - powiedział mi niedawno Dariusz Rosiak, który zna Afrykę jak niewielu w Polsce.). Być może dlatego postanowili poszukać swojej przynależności, odpowiedzieć na pytanie "kim jestem?", w tak brutalny sposób. Dla wielu Tutsi zwyciężenie Hutu oznaczało powrót do utraconego porządku, do swojej roli. Dla Hutu  zwyciężenie Tutsi było legitymizacją wolności, odwetem za lata poddaństwa. W dodatku w jednych i drugich tkwiła chęć zemsty za wcześniejsze zbrodnie. Były to cele ponad wszystko i emocje ponad wszystkie. Rosły w głowach przez dłuższy czas i niespełnione nie dawały żyć.

Oczywiście masakra z 1994 roku jest czymś odrażającym i pozostanie nieakceptowana i niewytłumaczalna do końca świata (a przynajmniej mam taką nadzieję). Ale historii opartych na podobnych, nie do końca wytłumaczalnych mechanizmach, jest na świecie więcej. Do ich zaistnienia wystarczy czasem nawet iskra, przypadek, zbieg okoliczności. Trach, bach - i zła machina rusza. Zatacza coraz większe kręgi, jest coraz trudniejsza do okiełznania i co bardzo przygnębiające - właśnie do wytłumaczenia.

Nawet dziejący się obecnie konflikt ukraińsko-rosyjski również ma coś z tragedią w Rwandzie wspólnego. Propaganda, samonakręcająca się spirala wzajemnej niechęci, kwestia zaburzonej tożsamości, powrotu do korzeni (rosyjskojęzyczni Ukraińcy, mieszkańcy Krymu, Tatarzy). Kwestia wyjścia z twarzą, zachowania nienaruszonego Ja. Przykłady można by mnożyć: konflikt palestyńsko-izraelski, bałkański, pierwsza wojna światowa...

Przy okazji kolejnej bijącej po oczach rocznicy ludobójstwa w Rwandzie warto coś sobie uświadomić. Tragedia w Rwandzie to nie tylko tragedia dwóch zwaśnionych rodów, gdzieś w środku Afryki, i to jeszcze na niewielkim jej skrawku - dla nas wręcz niezauważanym, nieistotnym. To tragedia ludzka. Tragedia człowieczeństwa w ogóle, ale też tragedia każdego człowieka. Tragedia, która może ponownie zdarzyć się w każdej chwili i gdziekolwiek - może nie na tak szaloną skalę i może nie w tak atawistyczny sposób, może nawet nie w rzeczywistości, może tylko w myślach. Ale może.

Bo nawet gdy nie giną miliony, ale ginie choćby jeden niewinny człowiek, to czy nie jest to dostateczny dowód, że diabeł jest wśród nas, tyle że w 1994 roku był akurat w Rwandzie?



* Pozwoliłem sobie używać formy "Rwanda", ponieważ od czasu wydania "Hebanu" Ryszarda Kapuścińskiego, z której to książki pochodzi ten cytat, forma ta stała się o wiele bardziej powszechna od "Ruanda" (z francuskiego; od nazwy kolonii belgijskiej Ruanda-Urundi). "W" jest zresztą także w formalnym zapisie nazwy kraju w języku Kinyarwanda: Repubulika y'u Rwanda.

niedziela, 23 lutego 2014

Umarł Mugabe, niech żyje Mugabe


W Zimbabwe uroczystości na cześć prezydenta Roberta Mugabe. Mubage skończył w piątek 90 lat. Jest najstarszym przywódcą Afryki i jednym z najbardziej charyzmatycznych dyktatorów na kontynencie.

Zaczynał jako premier w 1980 roku, gdy Zimbabwe ogłaszało niepodległość. Siedem lat później został prezydentem i do dziś władzy nie oddał. Od ponad trzydziestu lat powtarza: "Odejdę, jak przegram wybory". Ale Mugabe wyborów nie przegra, ponieważ nie ma na to ochoty. Sprawuje władzę despotyczną, skutecznie i brutalnie tłamsi opozycję, nie toleruje sprzeciwu - zarówno w polityce, jak i w społeczeństwie. Jak to miało miejsce w przypadku innych satrapów, Mugabe traktuje państwo jako coś, co mu się po prostu należy, na co sobie zasłużył, z racji tego, że był rewolucjonistą, wyzwolicielem narodu spod brytyjskiej kolonizacji. I mówi o tym otwarcie, nie owija w bawełnę, nie deliberuje. W tym bezceremonialnym stosunku do władzy przypomina trochę Idi Amina, okrutnego władcę Ugandy lat siedemdziesiątych. - Ja jestem państwem, a państwo to ja - powtarza sędziwy prezydent i wiele jest w tym prawdy, choć jest to prawda gorzka.  

Bo w miarę jak Mugabe przybywa lat, jego narodowi przybywa problemów. Można nawet powiedzieć, że prezydent jest personifikacją kondycji państwa. Zimbabwe, trzydzieści cztery lata po uzyskaniu niepodległości, jest krajem o zrujnowanej gospodarce - krajem niedołężnym i słabym, jak niedołężny i słaby fizycznie jest już sam prezydent. Choć jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych było zaliczane do najlepiej prosperujących krajów na kontynencie afrykańskim. Tak jak Mugabe był żywiołowym i dobrze prosperującym przywódcą.  

Mugabe prowadził jednak socjalistyczne eksperymenty, forował gospodarkę wymienną, nie dbał o stabilność waluty. W kraju zapanował bałagan, szerzyła się korupcja, upadały firmy, a zagraniczni inwestorzy zwijali interesy. Socjalizm zaczął się nie sprawdzać, bo zaczęło brakować pieniędzy. W dodatku Mugabe, pod hasłem reformy rolnej, odebrał większości białych farmerów ziemie uprawne. Pogłębiło to tylko kryzys państwa, opartego - jak większość krajów afrykańskich - na rolnictwie.  W 2008 roku władze porzuciły dolara Zimbabwe, ponieważ, żeby wymienić krajową walutę na 1-go dolara amerykańskiego, trzeba by wyciągnąć z kieszeni… 70 miliardów dolarów Zimbabwe.  Krajową inflację liczyło się wówczas w milionach procent. Mimo biedy i bezrobocia Mugabe nie pożegnał się jednak z najwyższym urzędem w państwie. Prezydent fałszuje kolejne wybory, a opozycjonistom zostaje liczyć na przejęcie władzy po jego śmierci. Takie plany padają z ich ust już bez ukrycia, bez obawy o niestosowność czy nieprzyzwoitość.

Ale 90-letni Robert Mugabe, choć coraz częściej wylatuje na badania i leczenie do zagranicznych klinik z Półwyspu Malajskiego, ani myśli o dokonaniu żywota. Jak stwierdził w jednym z wywiadów: "Muszę rządzić, bo jak przestanę, to zachoruję." Porównuje się do Chrystusa. Twierdzi, że jest jego wielokrotnością, bo już wiele razy umarł i zmartwychwstał, czego dowodem mają być nieudane zamachy na jego życie. Nie lubi Boba Marleya, kibicuje za to piłkarskim drużynom Chelsea i FC Barcelona. Codziennie wstaje o 5-tej rano, włącza radio BBC World Service i zaczyna poranną gimnastykę. Jak pisze portal BBC, choć ma w domu siłownię, którą zaaranżowała żona, nie korzysta z przyrządów. Mówi, że gdy przebywał w więzieniu, nauczył się ćwiczyć wykorzystując do tego jedynie własne ciało. Bo Robert Mugabe, sędziwy despota z Zimbabwe, robi wszystko najlepiej sam. Choć 90-te urodziny spędza w tłumie, jeżdżąc tryumfalnie przez stadion w mieście Marondera z doczepionymi balonami w kolorach państwowych. Ale to też tylko dlatego, że tak sobie zapragnął. 


Fot. Philimon Bulawayo, Reuters

niedziela, 16 lutego 2014

O kobiecości, neofeminiźmie i walce o płeć, czyli moje gender studies [esej]


(Tekst ten powstał w formie zasadniczej przed dyskusją o "gender" toczącą się w polskich mediach. Nie jest on reakcją na tę dyskusję, ponieważ nie śledzę jej i nie wiem o co w niej chodzi. Wynika z mojej fascynacji płcią przeciwną, która to fascynacja objawia się nie tylko praktycznie, ale także teoretycznie.) 

Jedną z największych batalii człowieka czasów współczesnych jest walka o tożsamość, w tym tę bazową - tożsamość płciową. Nigdy wcześniej w dziejach płciowość nie była tak mocno perforowana przez kulturę. Ośrodkiem zainteresowania tego tekstu są kobiety kultury Zachodu, które nie żyły jeszcze w tak dramatycznym i jednocześnie eksperymentalnym dla nich świecie. To czas poszukiwania tożsamości i definiowania na nowo kobiecości, która staje w opozycji do tworzącej się nowej obrzmiałej odsłony feminizmu. Czym dziś jest kobiecość? 

Sandro Botticelli - "Narodziny Wenus"

 *

Dla porządku, należałoby najpierw dokonać charakterystyki samego pojęcia, próbując uchwycić wartości tradycyjne, nie podlegające zmienności w czasie. Zanim jednak wartości zostaną przypisane do konkretnej materii pojęciowej, same muszą zostać określone i nazwane, a to określanie i nazywanie nieodłącznie przechodzi przez swego rodzaju filtr polaryzacyjny, który tworzy się dzięki przeciwieństwu, szerzej - inności. Warunkiem świadomej wartości jest obecność przeciwieństwa, inaczej wartość nie byłaby wartością. Dlatego na początku - i nie wynika to z patronalnego podejścia do tematu - można spróbować nakreślić kobiecość, wychodząc od męskości.

Oczywiście pojecie męskości też jest aksjologicznie i w praktyce zmienne, i zależy od kultury.  Od wieków jednak wiąże się nierozerwalnie z siłą, dominacją, odwagą, agresywnością. Mówiąc o męskości, trzeba też odnieść się do antycznego pojęcia arete, oznaczającego cnotę. Arete, jest pojęciowo niezależna od płci, natomiast wartościująco zawiera wiele cech łączonych z męskością - jak właśnie odwaga, dzielność czy skuteczność. Nie można też  pominąć religijnego odniesienia do postaci Boga, czy ogólniej bóstwa. W różnych religiach są to najczęściej istoty łączone z męskością. Posiadają znamienne cechy, takie jak władczość, doskonałość, potęga. Do tych cech dokłada się często cechy charakterystyczne dla kultury Zachodu, a wzięte z prototypów męskości: tężyznę fizyczną z rzeźb Michała Anioła, honor i szlachetność Tristana czy egocentryzm Narcyza. "Słownik Encyklopedyczny Miłość i Seks" autorstwa Zbigniewa Lwa-Starowicza wspomina też o późniejszych signifie męskości - uwodzicielstwie Casanovy czy godności Don Kichota. Tak to wygląda w możliwie największym skrócie.

Honore Daumier - "Don Kichot"
Dziś, szukając ideałów męskości, czy odpowiednio - kobiecości, trudno odnosić się do wzorców antycznych, ideałów rycerskości, bohaterów narodowych, czy fikcyjnych orędowników moralności. Ideologię zastępuje kultura masowa. Produkty kultury masowej w większości - najczęściej pod postacią meteorycznych idoli - zastępują z kolei ideały, które obdarte z wartości tradycyjnych ulegają rozproszeniu. Można powiedzieć, że dziś ideał nie tylko sięgnął bruku, ale też bruk sięgnął ideału. To o wiele gorsze, bo stanowi nie tylko o norwidowskim roztrzaskaniu wartości, ale także o ich przewartościowaniu. Podkreślam, że chodzi tu o obraz ogólny - nie twierdzę, że kultura współczesna nie wytwarza właściwych szablonów etycznych, bo wytwarza, ale są one w mniejszości, stając się nienośną niszą.

Jednym z efektów owego przewartościowania wartości jest także przewartościowanie płciowości. Proces ten wywołał dyskusję na temat płciowości kulturowej, która nierozerwalnie łączy się z płcią biologiczną i wszelkie próby oderwania płci kulturowej od biologicznej są gwałtem dokonanym na człowieczeństwie, na humanitas. W przypadku płciowości proces przewartościowania wiąże się nie - jak mogłoby się wydawać - ze zbytniego nasycenia wartości, a z ich osłabienia. Osłabienie świadomości płci biologicznej, które dokonuje się w czasach współczesnych, wpływa na osłabienie świadomości płci kulturowej, a szerzej społeczno-kulturowej, czego efektem jest wzajemne przenikanie się wartości charakterystycznych dla obu płci. Zjawisko to robi się niebezpieczne, bo oprócz wartości nabytych, kulturowych, zaczynają przenikać także wartości tradycyjne. Przy braku odniesień do ideałów, bierze się z tego nietożsamość płciowa. 

Kadr z teledysku Miley Cyrus - "Wrecking Ball"
W kontekście przewartościowania i zaniku tożsamości płciowej trzeba powiedzieć o feminizacji mężczyzn. O tym, że męskie wartości tradycyjne odchodzą do lamusa, a sami mężczyźni (oczywiście mówimy tu o społeczeństwach rozwiniętych, o kulturze Zachodu, której tekst dotyczy), coraz częściej dopasowują się do miałkich i delikatnych czasów, przybierając androgyniczne formy.  To oczywiście proces, który faktycznie ma miejsce i który mi mężczyźnie, solidaryzującemu się z gatunkiem, sprawia duży ból serca i uderza w męską dumę. Jest to jednak proces wytłumaczalny, mając na uwadze to, co starałem się przedstawić wcześniej.

Tematem tego eseju jest jednak nie feminizacja mężczyzn, a proces o zabarwieniu przeciwstawnym. Coraz więcej mówi się bowiem o kryzysie tożsamości kobiety, także dlatego że właśnie kobiety są na ten proces bardziej podatne. W kontekście postępującej unifikacji płciowej mamy do czynienia z coraz bardziej zanikającym pojęciem kobiecości, a na pewno o postępującej tego pojęcia heterogenizacji. Czym jest bowiem kobiecość w kulturze Zachodu? Czym jest kobiecość, w czasach, które przeszły przez trzy fale feminizmu, w czasach kapitalizmu, korporacji, mikro- i makrosocjologii, Margaret Thatcher, kolorowych czasopism i uaktywniającego się coraz bardziej homoseksualizmu?

*

Dla porządku, należałoby - w zgodzie z wcześniejszą praktyką - wyjaśnić samą aksjologię kobiecości, która zawsze jest łączona jest z delikatnością, empatią, pięknem, macierzyństwem.   

[Samo słowo kobiecość, prawdopodobnie po raz pierwszy zostało użyte przez angielskiego poetę późnego średniowiecza Geoffreya Chaucera w „Opowieściach kanterberyjskich”. Chaucer, bywa nazywany pierwszym adwokatem kobiet, ponieważ, jak na swoje czasy, pisał o nich w niezwykle śmiały sposób, dostrzegał ich potrzeby i prawa, traktował je na równi z mężczyznami, a nawet często je faworyzował…] 

Są to jednak w gruncie rzeczy cechy, które muszą współistnieć z wieloma innymi: z wyglądem fizycznym, z zachowaniem, z etykietą moralną, grzecznościową, sposobem myślenia, estetyką czy kulturą. Oczywiście pojęcie to można etykietować na wiele sposobów, bo zawiera w sobie cały bagaż historii, dyscyplin naukowych i poglądów. I tak na przykład, dla zobrazowania: w opinii jednych kobiecość uaktywnia się najbardziej w patriarchalnym modelu rodziny, inne głosy łączą poczucie kobiecości i męskości z odbywaniem kontaktu seksualnego, jeszcze inne wiążą ją z pierwiastkiem duchowym (anima), który posiadają również mężczyźni, są także takie, które  antropomorfizują kobiecość i przypisują jej cechy zwierzętom, przedmiotom czy - co bardzo wdzięczne - miastom.

Wartości tradycyjne, o których wspomniałem na początku, wydają się być jednak trwałe, przylegające do definicji i praktyczne. Wszystkie te wartości łączy estetyczność (kobieta, jaka by nie była, musi być estetyczna!), która jest według mnie jednym z najważniejszych przejawów kobiecości, zaraz po samoświadomości płciowej i umiejętności "budowania" płci w kontaktach z mężczyznami. Dla mężczyzn nie ma chyba bardziej pociągających kobiet, niż takie, które ukradkiem i z wyczuciem potrafią tę kobiecość afiszować.
 
Natalie Wood
Niestety, w dzisiejszych czasach, kobiecość jest coraz bardziej ukrywana, chowana na drugi plan. Kobietom realizującym się społecznie w krajach rozwiniętych potrzeba bowiem innych cech charakterologicznych, żeby walczyć w świecie praw, obowiązków i ciężkiej pracy, na równi z mężczyznami. Siła, chłód, pragmatyzm, bezkompromisowość - to przecież w gruncie rzeczy cechy bliższe mężczyznom i rewolucja seksualna tego nie zmieni. Można powiedzieć, że zmiany społeczne i związane z tym wykształcenie się pojęcia płci kulturowej, wytworzyły tak zwaną kobiecość ukrytą, której jednak nowa kultura życia nie jest jedynym, i może nawet nie decydującym determinantem. 

Ważny wpływ na kryzys tradycyjnej kobiecości miał rozwój feminizmu w drugiej połowie XX wieku i w czasach obecnych. Mowa tu o feminizmie trzeciofalowym, który do podstawowej, bardzo zresztą słusznej myśli feministycznej, dołożył teorie społeczne, poststrukturalizm myślenia, wyzwolenie erotyczne, a nawet w niektórych kręgach przewagę duchową (wywodzącą się z latynoamerykańskiego podejścia do kobiecości, zwanego marianismo, będącego - najkrócej ujmując - odpowiedzią na machismo, czyli kulturę macho) czy wreszcie podnoszą ostatnio często tematykę genderową. Spowodowało to przewartościowanie tradycyjnego pojęcia, które aksjologicznie - z dążenia do równości, stało się dążeniem do odmienności, a więc w pewnym sensie stało się dla siebie zaprzeczeniem. Ruch zapoczątkowany przez Mary Wollstonecraft i sufrażystki, kontynuowany w Stanach Zjednoczonych, okraszony "Mistyką kobiecości" Betty Friedan, a nawet osadzony w realiach socjalistycznych, był ruchem słusznym, dziejowo koniecznym i nieuniknionym. Osiągnął sukces, którym było zarówno formalne jak i pokoleniowo bardzo szybko ewoluujące równouprawnienie. 

Zdjęcie z demonstracji feministek w Austro-Węgrzech w 1911 r.

W latach osiemdziesiątych ruchy feministyczne zaczęły dostrzegać nowe pola do dyskusji. Wiązało się to z nową teorią społeczną, większą otwartością i samoświadomością odmienności - jej złożoności etnicznej, kulturalnej, czy religijnej - czy wreszcie z wyzwoleniem seksualnym. W efekcie zaczęła tworzyć się nowa społeczno-kulturowa tożsamość płciowa, która wymusiła zapełnienie feministycznych szczelin tam, gdzie dotychczas nie było potrzeby ze względów pragmatycznych. Niewykluczone, że za sto, dwieście lat, czas ten zostanie przez socjologów określony mianem neofeminizmu, który rośnie na podstawie początkowej ideologii feministycznej.

Można powiedzieć, że podstawową różnicą pomiędzy feminizmem właściwym, a nowym feminizmem, jest to, że w tym pierwszym kobiety dążyły do bycia kobietami, a w tym drugim - dążą do bycia mężczyznami. Jest to bardzo uproszczona choć istotna różnica, która oddaje też często bardzo mylne przekonanie, że feminizm dąży do naśladowania mężczyzn, choć powinien dążyć do równouprawnienia z mężczyznami.

Anonimowy rysownik z Ukrainy - "Krucha kobiecość"
Neofemininizm i jego wpływ na rolę kobiety w państwach rozwiniętych, zatarł wyraźny wizerunek kobiety, zbliżając ją psychicznie i fizycznie do mężczyzny, co jest samo w sobie zjawiskiem nienaturalnym. Jest to też proces podobny do przeciwnego, dotyczącego feminizacji mężczyzny. To proces wciąż przecież nowy i na razie krótki, bo wcześniej przez tysiące lat, płciowość była o wiele bardziej zhierarchizowana i poszufladkowana. To też proces bardzo intrygujący, bo jest w gruncie rzeczy walką kultury z naturą, uniformizacji i biologiczności, uczuciowości z funkcjonalnością. Przede wszystkim jednak neofeminizm hołduje przerośniętej znaczeniowo ideologii, która dawno odeszła od obrony kobiecości w świecie, a na rzecz tworzenia jej monstrualnych męskich naleciałości.  

Tymczasem z biologicznego punktu widzenia, feminizm był podyktowany chęcią równouprawnienia nie duchowego, nie był oznaką buntu ideologicznego. Wynikał bardziej z chęci korzystania przez kobiety  na równi z mężczyznami z dóbr świata doczesnego. Kobiety, za takie same sukcesy, chciały otrzymać taką samą zapłatę, często - takie same luksusy. Dlatego feminizm jest nierozerwalnie związany z kulturą konsumpcjonizmu, jest w gruncie rzeczy potrzebą bardziej biologiczną, niż kulturową, humanistyczną, ideologiczną, jaką stał się szczególnie w drugiej połowie XX wieku.

Ideologia w przypadku feminizmu jest w dużym stopniu wypadkową naturalnego biologicznego dążenia do sprawiedliwości i zaspokajania własnych potrzeb na równi z drugim człowiekiem - z mężczyzną. Stało się to procesem oczywistym w tworzących się - w perspektywie dziejowej od niedawna - ustrojach demokratycznych. Wcześniej - w despotii, tyranii, patriarchacie - dla feminizmu nie było miejsca. Nie był on też kwestionowany, jak wiele innych rzeczy w opartych na systemie silnej władzy, odczuciu panowania, podziału i hierarchii. Tam kobieta spełniała się w roli podporządkowanej, mającej inne obowiązki - w roli różnej od mężczyzny. I właśnie w poprzednich wiekach kobiecość, chociaż uciskana, często też niestety deprawowana, była bardziej samoświadomym przymiotem, w sobie jako tako - wartościującym i określającym płeć piękną.

Claude Monet - "Kobieta z parasolką"
Emancypacja, mająca swoje źródło w pobudkach biologicznych i społecznych, zaczęła jednak szybko narastać uwarunkowaniami cywilizacyjnymi, co oczywiście też było i nadal jest procesem zrozumiałym i naturalnym. Emancypantka, po tym jak osiągnęła ideowy i praktyczny sukces, została postawiona w sytuacji - w dzisiejszej rzeczywistości dramatycznej - poszukiwania nowej tożsamości. Proces ten wciąż trwa, jednym z jego owoców ma być definicja kobiety wyzwolonej. Jeszcze nie akademicka definicja, która jednak już zawiera w sobie podstawy wynaturzenia kobiecości.

Wydaje się, że kulturowa definicja kobiecości jest dziś budowana na błędnym przekonaniu, z czego bierze się również jej błędna recepcja. Jest budowana na przekonaniu, że kobieta nie różni się zbytnio od mężczyzny. To zły mechanizm, bo powinna być budowana na myśli zupełnie odwrotnej - że kobieta od mężczyzny się różni. Co więcej, że zawsze będzie się różnić i właśnie w tym tkwi jej siła. W mojej opinii, w kulturze europejskiej, w czasach równouprawnienia, takie przekonanie wskrzesiłoby i wzmocniłoby w kobietach poczucie tożsamości, dziś bardzo zagubione, a potrzebne. Jest to jednak przekonanie bardzo trudne dziś do przetłumaczenia, bowiem nie idzie w zgodzie z równością i unifikacją społeczeństw rozwiniętych.

Tymczasem trzeba pamiętać, o czym zresztą było już wspomniane i co jest w zgodzie z nurtem psychologicznym, że aby uzyskać mocną tożsamość kulturową, trzeba być osadzonym bardzo świadomie w tożsamości biologicznej. Tymczasem tożsamość biologiczna kobiety jest zatracana. Ma to też sprzężenie zwrotne w tożsamości biologicznej mężczyzny, który pod naporem próbującej z nim się utożsamiać kobiety, sam zatraca własną tożsamość. Działa to oczywiście na zasadzie antynomii, przeciwieństwa. Tożsamość, żeby zaistnieć, oprócz dążenia do odkrycia własnych wartości, dąży bowiem także do konfrontacji. Do konfrontacji z obcymi wartościami, do styczności z Innością. Gdy Inność nie ma mocnych podstaw, Tożsamość nie przeciwstawia się jej, ale z niej czerpie. Dzięki takiemu mechanizmowi zrodziła się kultura masowa, której podkulturą, jest właśnie miałka kultura płci.

Giorgio de Chirico - "Malarz"


 *

Wydaje się więc, że podstawowym zadaniem kobiety współczesnej powinna być umiejętność budowania tożsamości płci biologicznej, opartej na wartościach tradycyjnych, różnych od wartości przypisywanych męskości. Pewnego rodzaju próba tworzenia kobiecego indywiduum. Mówiąc o tożsamości płciowej, mowa oczywiście o samej podstawie, trzonie płciowości. Nie znaczy to, że kobieta nie powinna wzbogacać płciowość o cechy męskie - wprost przeciwnie, w kulturze Zachodu jest to wręcz konieczne i nieuniknione. Budowanie naturalnej płciowości kulturowej powinno być jednak oparte na pielęgnowaniu naturalnej płciowości biologicznej. Mechanizm ten odnieść można też do mężczyzny, który - podobnie jak kobieta - z uwagi na niepewną tożsamość biologiczną, nadbudowuje często w sposób karykaturalny płciowość kulturową. (Pewnym efektem, wynikającym z błędów w wychowaniu społecznym i niewłaściwej recepcji wartości tradycyjnych, jest też homoseksualizm, choć to temat na oddzielny tekst, ponieważ trzeba brać w tym wypadku pod uwagę również inne, bardziej skomplikowane uwarunkowania psychologiczne).

Jak już było wspomniane, zaburzona świadomość płci, bierze się z tego, że dzisiejsza kultura nie dotyka sfery bazowej, biologicznej. Jest skupiona na sferze naddanej, wytworzonej w czasie rzeczywistym. Jest kreacją człowieka już powstałego, nie pielęgnuje go, a przetwarza i nadbudowuje, idealizując w sposób nienaturalny i monstrualny. Proces ten dotyka także kobiet, które biologicznie są na niego bardziej podatne. Dlatego już dziś mówi się o kryzysie tożsamości kobiety, z kolei o kryzysie tożsamości mężczyzny, jeszcze tak głośno nie jest, choć również do tego kiedyś dojdzie.

Kontrrewolucja płciowa, za strony mężczyzn wydaje się również dziejowo nieunikniona, ale nastąpi już raczej nie w tym stuleciu. Będzie to jednak kontrrewolucja podobna mechanizmem myślowym do podstaw feminizmu. Nie będzie ona jednak dochodziła równouprawnienia biologicznego i prawnego, lecz prawdopodobnie będzie dążyła do przypomnienia wartości tradycyjnych, które od wieków przypisane są mężczyznom - jak honor, odwaga, męstwo, siła, czy opieka nad kobietą - które to wartości również coraz częściej są zatracane.  Na tej kontrrewolucji skorzystają też naturalnie kobiety, na zasadzie wzajemnego uświadamiania się przeciwieństw, o którym była mowa wcześniej.

Dziś kobiecość powinna być próbą pogodzenia wartości tradycyjnych, wynikających z ze świadomości płci biologicznej i naturalnych uwarunkowań płciowych, z wartościami wykształconymi, pragmatycznymi. Przy czym te pierwsze zawsze powinny kształtować osobowość kobiety, a te drugie - ubogacać ją, stawać się narzędziami koniecznymi do spełniania się w obecnej rzeczywistości. Recepcja wartości tożsamych z własnymi przekonaniami, charakterem czy poglądami, daje poczucie zgodności z samym sobą, poczucie odrębności i akceptacji własnego "Ja". Wypracowanie głębokiej tożsamości płciowej wydaje się w dzisiejszych czasach konieczne, działa jak tarcza obronna i buduje samoświadomość.

Jest to jednak  proces niezwykle trudny, bowiem współczesna kultura dąży do wytwarzania własnych wartości, wartości - można by powiedzieć - doraźnych, nastawionych na osiąganie szybkich i niezbyt górnolotnych celów. Tożsamość człowieka jest przez to bardziej ograniczona. Efekty tego zubożenia tożsamości są przeróżne, czego dowodzą interdyscyplinarne studia - mowa tu między innymi o zaburzeniach osobowości czy zaburzeniach psychicznych. Mam jednak nadzieję, że mimo upływu lat, dziejowa prawidłowość zostanie zachowana, a kultura, choć silniejsza i bardziej wpływowa niż kiedykolwiek indziej, ugnie się pod naporem natury, która jest ostatnią deską ratunku człowieka współczesnego i przyszłego. I która wciąż przypomina i przypominać będzie: kobieta to kobieta,  a mężczyzna to mężczyzna.  

Gustav Klimt - "Fryz Beethovena"

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Bez komentarza

BBC: W Afganistanie zatrzymano ośmioletnią dziewczynkę ubraną w kamizelkę samobójcy. Próbowała przeprowadzić atak na policję graniczną w prowincji Helmand na południowym zachodzie kraju. Jak powiedziała policji, do ataku zachęcił ją brat, który jest prawdopodobnie jednym z dowódców Talibów. Według reportera BBC dziewczynka mogła mieć problem z włączeniem guzika uruchamiającego detonację.