"Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on Tobie." - John Donne

niedziela, 23 czerwca 2013

Czarna Afryka się nie mieści



 "Kiedy szczęśliwie urodzisz, jeżeli to będzie chłopiec - zostaw go przy życiu, jeżeli dziewczynka - wyrzuć"

list pewnego Greka- Hilariona do żony - Alis (I wiek p.n.e.)
  
[w: Ryszard Kapuściński, Lapidaria] 


Choć przyrost demograficzny od wieków powodował globalny niepokój, teraz faktycznie jest o czym mówić. Media alarmują i rozpisują się: według najnowszego raportu ONZ z 13 czerwca, do końca wieku, a więc do 2100 roku, liczba ludzi na świecie może się podwoić i wynieść 11-cie bilionów. Największy przyrost naturalny notuje Afryka, która przeżywa największą w dziejach świata eksplozję demograficzną. Jak twierdzi profesor Joel Cohen, z Uniwersytetu Rockefellera w Nowym Jorku, "tempo wzrostu populacji w Afryce jest niepodobne do niczego innego w całej historii świata i może być to dla niego problem krytyczny" (New York Times, 14.04.2013r). 

Chodzi głównie o Afrykę Subsaharyjską, tak zwaną Czarną Afrykę, poniżej pustyni Sahara, która w głównym stopniu determinuje ogólnoświatowy boom demograficzny. Z około dwudziestu krajów, w których kobiety rodzą średnio więcej niż piątkę dzieci, aż dwadzieścia znajduje się w tym regionie świata. Roczny przyrost naturalny wynosi tam 2,5 procenta w porównaniu z około 1,2 procentowym przyrostem w Ameryce Łacińskiej i Azji. Łącznie Afryka Subsaharyjska stanowi 12 procent populacji świata, a za niecałe sto lat może stanowić jedna trzecią. Według wyliczeń ekspertów w 2100 roku na jednego Europejczyka ma przypadać aż pięciu subsaharyjczyków. A w całej Afryce końca wieku ma być już ponad 4-y biliony ludzi (obecnie jest ponad bilion). Co bardzo ważne - wzrost populacji znacznie przewyższa i będzie przewyższał tam wzrost gospodarczy, który skutecznie przez to hamuje. 

Fot. Krzysztof Miller

W październiku 2011 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych ogłosiła, że urodził się siedmiobilionowy człowiek i że populacja będzie szybko rozwijać się przez następne dziesięciolecia jeśli kraje nie będą lepiej zarządzać wzrostem i go ograniczać. 

Jednak żeby rozbroić bombę populacji potrzeba reform edukacyjnych, gospodarczych, obyczajowych. Trzy pokolenia temu wzięły się za to kraje rozwijające się Azji i Ameryki Łacińskiej. Aktualnie w większości z nich kobieta rodzi średnio dwójkę dzieci., choć jeszcze w 1950 roku rodziła szóstkę. Zatrzymanie wzrostu demograficznego to wynik polepszenia edukacji, możliwości pracy dla kobiet, upowszechnienia antykoncepcji, urbanizacji, rozwoju najbardziej ludnej klasy średniej. I tego samego potrzebują kraje afrykańskie - jak Nigeria, Niger, Uganda, Malawi, Kenia, Etiopia czy Ghana. 

To właśnie w tych krajach przyrost jest największy. W Nigerii do 2036 roku populacja może wzrosnąć z obecnych około 170 milionów ludzi  do 300 milionów ludzi, czyli tyle ile obecnie żyje ludzi w całych Stanach Zjednoczonych (żeby lepiej to sobie wyobrazić można spróbować upchnąć całe Stany Zjednoczone w trzech stanach Arizonie, Nevadzie i Nowym Meksyku). Dlatego Nigeria jest szczególnie ważna w perspektywie globalnego wzrostu demograficznego, ponieważ to, czy uda jej się zahamować ten trend czy nie, może mieć skutki dla losów całego świata. Nigeria jest także krajem poglądowym i doświadczalnym dla innych mniejszych państw, które mogą podpatrzeć sposoby przeciwdziałania problemowi. 

Co jednak ciekawe: tak szybki przyrost ludność w krajach Czarnej Afryki nie jest spowodowany głównie tym, że dzieci rodzi się więcej, jak mogłoby się wydawać, a tym - że mniej dzieci umiera. Spadek umieralności nastąpił przede wszystkim w ostatnich kilkudziesięciu latach, głównie dzięki lepszemu dostępowi do leków i lekarzy. Jednocześnie ciągle na wysokim poziomie utrzymuje się poziom płodności.

Ujarzmienie przyrostu naturalnego jest ważne w kontekście wydajności gospodarczej państwa, a co za tym idzie - wydajności społecznej. Żeby wzrastał kapitał, musi być gospodarcze dopasowanie. Liczba ludzi wytwarzających dobra, powinna odpowiadać liczbie ludzi z tych dóbr korzystających. Gdy kraj jest przeludniony, siła robocza nie ma dla kogo pracować, a z pracy nie ma zysku. Efekt - wzrasta inflacja i bezrobocie. Podobnie efekt wywołuje tak zwany pusty pieniądz, który nie ma pokrycia w towarze i który odpowiada w sporej części za kryzys gospodarczy Europy.  Można powiedzieć, że postęp cywilizacyjny zawsze wyprzedza świadomość postępu i tak samo jest w przypadku krajów Czarnej Afryki. Dlatego najbliższe kilkadziesiąt lat będzie dla Afrykańczyków, głównie tych spod równika, bardzo ważne, ponieważ powinni iść drogą Azjatów i Amerykanów z Południa. 

Zresztą kraje subsaharyjskie już próbują działać w kierunku rozwiązania problemu. Przykład: rezygnują z  polityki popierania dużych rodzin, na rzecz mniejszych. Kiedyś liczne rodziny były pożądane z racji małego zaludnienia i gospodarki opartej na rolnictwie, przy jednoczesnym sporym wskaźniku zachorowań i umieralności dzieci. Ziemi do uprawy jednak nie przybywa, warunki medyczne się poprawiają, a mimo tego ludzi jest więcej i więcej. Dlatego kraje wprowadzają reformy, w Nigerii na przykład zaleca się mieć nie więcej niż czwórkę pociech.  Tamtejszy rząd wystąpił w 2011 roku z programem ograniczania dzietności, w kraju zaczęto produkować i rozdawać pod strzechy darmowe prezerwatywy (niestety bywało tak, że zamiast do seksu prezerwatywy były wykorzystywane do noszenia wody czy jako zabawki dla dzieci). Inspiracją dla Nigeryjczyków stała się Tajlandia, która wcześniej borykała się z podobnymi problemami. 



Choć paradoksalnie liczba urodzeń w Afryce spada, to piątka dzieci na kobietę to i tak dużo. Jest to spowodowane między innymi wciąż niskim stopniem edukacji seksualnej i utrudnionym dostępem do środków antykoncepcyjnych. Oczywiście wiąże się to również ze statusem społecznym, bo biedne kobiety znacznie rzadziej korzystają z antykoncepcji niż bogatsze. 

Choć od 1991 roku używanie środków antykoncepcyjnych przez subsaharyjskie kobiety wzrosło z 5 procent do ponad 30 procent w roku 2010, to wciąż są regiony gdzie kobiety, chcąc uniknąć ciąży, jedzą rośliny niekiedy zawierające trucizny  lub idą do czarownika, a wiedza o metodach zabezpieczenia jest nikła i odległa.  Co ciekawe według badania Światowej Organizacji Zdrowia (dostępne jest tutaj) od 1990 roku do 2000 roku w trzech krajach - Kenii, Senegalu i Ugandzie - liczba kobiet korzystających z antykoncepcji zamiast wzrosnąć zmalała, co według autorów raportu wymaga dodatkowych badań. Z kolei najszybciej wzrasta liczba kobiet korzystających z antykoncepcji w Mozambiku, który podnosi się z kolan po wojnie domowej  w latach dziewięćdziesiątych i wprowadził dobry system opieki zdrowotnej, w tym planowania rodziny. Podobne działania podjęto między innymi w Tunezji, Republice Południowej Afryki, Botswanie czy Zimbabwe. 

Druga sprawa: w Afryce łatwiej jest mieć dziecko niż na przykład w Europie. W społeczeństwach ubogich, szczególnie poniżej Sahary, gdzie przyrost jest największy, rodzice nie muszą martwić się o nowe ubranka, zabawki, szczepienia, dobrą szkołę czy brak opieki nad pociechą (dziećmi zajmują się kobiety, a kobiety pracują głównie wokół domu albo w polu) Przede wszystkim dodatkowe dziecko oznacza, że trzeba zorganizować codziennie większą porcję jedzenia, najczęściej manioku, i jest to najważniejsze, przynajmniej do czasu, gdy dziecko nie ogarnie choroba bądź wypadek losowy. 



Jest jeszcze jeden powód, dla którego Afrykanki rodzą dzieci na potęgę. Każde dziecko może być potencjalnym oknem na lepszy świat, odmianą na lepsze, losem wygranym na loterii. Każde dziecko ma szansę osiągnąć sukces i tym samym pomóc rodzicom. A im więcej dzieci - tym szanse na sukces są większe, myślą rodzice. Specyfiką społeczeństw nierozwiniętych czy rozwijających się jest to, że dobro własne przekładają nad dobro ogółu. W wypadku mieszkańców subsaharyjskiej Afryki jest to o tyle proste, że nie ograniczają ich dekrety czy normy prawne.  

Tymczasem, populacja jest ważna, populacja to klucz. Populacja wpływa na funkcjonowanie całego państwa, bo jeśli ludzi jest za dużo, przede wszystkim nie jest możliwy rozwój gospodarczy. Przeludnione są szpitale, przeludnione są szkoły, brakuje mieszkań czy żywności, kwitnie korupcja - i to są problemy bardzo widoczne w dzisiejszej Afryce. W dużej części Ameryki Łacińskiej, Azji jak również Afryki Północnej, po opanowaniu wzrostu demograficznego nastąpił gospodarczy boom, a produkt krajowy brutto wzrósł kilkakrotnie. Choć trzeba dodać, że Afryka Subsaharyjska i tak jest jednym z najszybciej rozwijających się gospodarczo regionów świata (średni roczny wzrost na poziomie ponad 5 procent), co tylko świadczy o potencjale tego regionu w perspektywie następnych dziesięcioleci. 
 
***
 
A rebours: Z odwrotnym problemem mierzą się kraje, które wzrost ekonomiczny mają już za sobą lub - co zwykle się łączy - przyjęły model społeczny charakterystyczny dla państw rozwiniętych. W "Gazecie Wyborczej" czytam o jednym z azjatyckim tygrysów, Singapurze, którego władze namawiają dorosłych do posiadania gromadki dzieci. Rząd bije na alarm, bo kraj zaczął się wyludniać. Wskaźnik płodności wynosi średnio trochę ponad jedno dziecko na kobietę. Singapurscy politycy prowadzą nawet dla obywateli portal randkowy, na którym organizują szybkie randki (speed dating), polegające na tym, że mężczyzna lub kobieta przychodzą w miejsce publiczne, gdzie mają po pięć minut na poznanie kilkunastu osób płci przeciwnej. Jeśli kogoś podczas krótkiej (pięciominutowej - o tempora, o mores!) rozmowy dopadnie strzała amora, może zadzwonić do nowopoznanej miłości. W kraju można też kupić rządowe kupony na randkę. 

A jeszcze w latach sześćdziesiątych, czyli na początku okresu szybkiego wzrostu gospodarczego (z którego później ukuto pojęcie "azjatyckich tygrysów", a żeby doprecyzować geopolitycznie - wschodnioazjatyckich) Singapurki też rodziły bez zahamowań. Na kobietę przypadała czwórka dzieci. 

Gospodarka zaczęła hamować, więc rząd ogłosił program "Dwoje i dość!". Singapurczycy posłuchali się rządu i przy końcu lat sześćdziesiątych populacja przestała notować wzrost. Ale dekadę później - zaczęła notować spadek. W rządzie więc znowu poruszenie, bo spadek jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż wzrost, szczególnie, że gospodarka znowu przyspieszyła jak oszalała. 

Więc zamiast "Dwoje i dość" rząd ogłosił: "Trójka albo więcej!". Singapurczycy znowu posłuchali się rządu, a Singapurki znowu wzięły się za rodzenie. Poziom życia w kraju rósł jednak bardzo szybko, rosły też koszty utrzymania. Singapurczycy zamiast o dziecku, zaczęli myśleć o karierze w korporacji, mieszkaniu, emeryturze, a dzieci zostawiali na później i później.Dziś zanim młoda para na poważnie pomyśli o potomku, zazwyczaj tylko jednym, najpierw chce się dorobić, ponieważ koszty utrzymania pociechy w kraju są wysokie, mimo że rząd daje pracującym około piętnaście tysięcy złotych "becikowego", a za każdą kolejną pociechę ta kwota jeszcze wzrasta. 

Przykład Singapuru jako kraju rozwiniętego jest ciekawy w perspektywie tematu, bo - jak czytam dalej w "Wyborczej" - zamożniejsi mogą mieć tam więcej dzieci, ale ubogim i niewykształconym nie jest już to zalecane. Rodziny o niskich dochodach, gdy mają więcej niż dwójkę dzieci, nie mogą korzystać ze szkolnych stypendiów czy kursów zawodowych. Rząd dofinansowuje za to mniej majętnym rodzinom chirurgiczne metody antykoncepcji, zwykle sterylizację, żeby ograniczać liczbę biednych dzieci, jednocześnie dążąc do zwiększenia płodności kobiet z zamożniejszych rodzin. 

Kobietom zamożniejszym i lepiej wykształconym po podjęciu edycji o aborcji, która jest legalna, pokazuje się zdjęcie płodu, żeby dać szansę zmiany decyzji. Kobietom niewykształconym - takie zdjęcie już nie przysługuje. 

Dziwny jest ten świat.

niedziela, 26 maja 2013

Londyn 22.5


Akt terrorystyczny w Londynie. Dwóch mężczyzn, islamskich fundamentalistów, w biały dzień na ulicy, na oczach świadków, obcina głowę żołnierzowi brytyjskiej armii. Po ataku, sprawcy  nie uciekają, tylko zostają na miejscu zbrodni i - niczym na konferencji prasowej - wyjaśniają przypadkowym obserwatorom motywy morderstwa. Dlaczego nie uciekli, tylko kręcili się w kółko? - pyta mnie W.J.

Bo to terroryści - odpowiadam. A terroryści potrzebują odbiorców swojego brutalnego przekazu, nagłośnienia, chcą być w centrum wydarzeń, chcą przestraszyć świat. Tymczasem, terrorystów z Londynu krajobraz po brutalnej zbrodni nieco zaskakuje. Na ulicy cisza (po zbrodni zwykle najgorsza jest cisza – mówią często zabójcy) , życie toczy się jak wcześniej, nie widać znamion paniki czy strachu. Więc terroryści zostają, kręcą się w kółko, chcą się przedstawić, wytłumaczyć o co im chodzi, jaki mają cel  i że to jest święta wojna przypomnieć. Tymczasem zawód: tutaj nikt się NIMI nie interesuje! Jedynie jakaś kobieta wysiada z autobusu i idzie w stronę ofiary, gdzieniegdzie gromadzą się ludzie.

Akt terroru tylko wtedy jest udany, gdy znajduje odbiorców, gdy zostanie nagłośniony, gdy pójdzie w świat. Akt terroru, nawet najbardziej brutalny, którym nikt się nie zainteresuje - nie jest atakiem terrorystycznym. Akt terroru musi być widowiskiem, musi być spektakularny. Więc terroryści z Londynu zaczynają krzyczeć, strach potęgować, szukają odbiorców swojego przekazu, każą się nagrywać na telefony komórkowe. 

Zagraniczne telewizje pokazują na okrągło taki film nagrany przez świadka. Jeden z zabójców, trzymając w dłoni zakrwawiony tasak i nóż, krzyczy do kamery, próbując uzasadnić swoją szaloną ideologię. Allahu Akbar! Ząb za ząb! 

W tle: postronna kobieta,  która - jak gdyby nigdy nic - zbliża się powoli do kadru, niosąc zakupy. Ociera się o zakrwawionego zabójcę, wchodzi w kadr, znika. Przerażające. 

PRZE-RA-ŻA-JĄ-CE. 

22.05.2013r.

niedziela, 19 maja 2013

Pieśń niepokorna


A.W. słucha Budki Suflera, "Pieśń niepokorna": Znowu sobie przypomniałam, po co tu jesteśmy! 


niedziela, 12 maja 2013

Śmierć 3D


Cody Wilson, 25-letni absolwent prawa z Teksasu, z pomocą  drukarki technologii 3D, wyprodukował pierwszą na świecie broń z plastiku. Może ona strzelać i zabijać ludzi. Wilson na stronie internetowej zamieścił też instrukcję wykonania pistoletu. Usunięcia instrukcji szybko zażądał Amerykański Departament Stanu, ale zanim zniknęła z Internetu, pobrało ją ponad sto tysięcy osób. 

Dla Wilsona pistolet z plastiku jest uprzedmiotowieniem jego życiowego credo. Wilson jest przeciwko wszelkim zakazom narzucanym przez społeczeństwo, rząd czy przemysł. Orężem w walce o wolność, jest dla niego technologia. Narzędziem – broń, która według Cody’ego powinna być dostępna dla każdego, kto jej potrzebuje, bez względu na prawo stanowe. I nie tylko w USA, ale na całym świecie. Oglądam wideo, na którym Wilson prostuje ręce i w pełnym skupieniu naciska spust broni z drukarki, oddając strzał przed siebie. Gdyby ktoś stanął na drodze jego wynalazkowi 3D, zginąłby na miejscu. 


Później w amerykańskiej TV program komika Billego Mahera, w którym wspólnie z gośćmi – pół żartem pół serio (bo taka jest formuła programu) – poruszany jest temat tego wynalazku. Mowa o filmie "Na linii ognia" z 1993 roku, którego bohater atakuje Biały Dom również bronią domowej roboty, tyle że z drewna. Gospodarz programu żartuje, że mając drukarkę 3D można stworzyć właściwie wszystko, a że to Ameryka, to stworzono oczywiście broń. W tle śmiechy, pojedyncze brawa za błyskotliwość. 

Zestawiam to z dyskusją narodową na temat broni, która na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy znowu wybuchła w Ameryce. Odnowiła ją sprawa zabójstwa kilkunastu osób w kinie w Denver w lipcu 2012 roku, spotęgowała kolejna wielka tragedia w Connecticut, także zamach na życie byłej kongresmenki Gabrielle Giffords z Arizony, a pewnego surrealizmu dodał do niej fakt zastrzelenia przez pięciolatka dwuletniej siostry, ze strzelby podarowanej od rodziców, na początku maja w Kentucky.

I jak to bywało wcześniej, tak i teraz, debata o powszechności broni, mimo ze głosy różne i sprzeczne, ma wszędzie podobny kręgosłup – jest to batalia serca z rozumem. Serce to wolność zapisana w konstytucji, którą Amerykanie będą bronić przed całym światem, dzięki której czują się wyjątkowi i mają tak szeroki dostęp do broni. A broń to w USA symbol narodowy, kojarzący się nie tylko z czymś złym, ale także z dobrym, honorowym, będącym oznaką wolności i równości, ważną i dumną częścią amerykańskiej historii (dokumentacją tej wolności i równości obywatelskiej jest w tym konkretnym przypadku nieprecyzyjna 2. poprawka do konstytucji, która daje obywatelom prawo do posiadania broni.) Można by nawet powiedzieć, że sama broń dla Amerykanów nie jest problemem i że z bronią jako taką w Ameryce się nie walczy, bo jest na nią powszechne przyzwolenie. Trzeba jednak walczyć, nie tylko w Ameryce, z czymś o wiele groźniejszym – z połączeniem broni z głupotą.   

Dlatego rząd prezydenta Baracka Obamy zaproponował w tym roku projekt ustawy o zwiększeniu kontroli kupujących broń palną. Miała ona dotyczyć osób potencjalnie niebezpiecznych czy chorych psychicznie i objąć także transakcje przez Internet czy na przykład na targach broni. Niestety w kwietniu Kongres odrzucił ten projekt, odwołując się między innymi do konstytucyjnych praw do wolności, równości i przede wszystkim właśnie - posiadania broni. Oczywiście trzeba wspomnieć i o  tym, że przeciwko ustawie było silne lobby strzeleckie, które ma swoje interesy i wpływ na karierę polityków. Upadek tej ustawy, która miała największe szanse powodzenia, z tych zgłoszonych przez rząd, pokazał jednak jak trudno Amerykanom walczyć z tym, co uważają w istocie rzeczy za przejaw narodowej tożsamości.  W bliższej przyszłości nic się więc w sprawie broni w Ameryce nie zmieni. 

Cody Wilson, który stworzył działający pistolet z drukarki 3D jest właśnie – nie tylko dla Amerykanów – pewnym "signifie" połączenia broni z głupotą, które to połączenie, w dzisiejszej cywilizacji strachu, mogłoby się okazać katastrofą. Świadome były tego także amerykańskie władze, dlatego szybko wymusiły na organizacji Wilsona produkującej broń 3D, usunięcie instrukcji jej wykonania z Internetu. Pomysł jednak pozostał żywy, a Cody Wilson na pewno nie zrezygnuje ze swojej ideologii.

Dopełnienie: wsłuchuję się w komentarze dotyczące Cody'ego Wilsona, zarówno te z Ameryki jaki i Polski. U nas wielu mówi: szaleniec, anarchista. W Ameryce: lewicowiec, postępowiec.  Różnica poglądów - różnicą kultury, społecznej tożsamości. 

sobota, 4 maja 2013

Dziwny jest ten czas


Ciekawy tekst Arianny Huffington, założycielki największej obecnie gazety internetowej w Stanach Zjednoczonych "Huffingtonpost.com", mądrej i energicznej kobiety: (tekst) 

Autorka pisze o największym jej zdaniem deficycie Stanów Zjednoczonych - deficycie czasu (który ma być większy niż ten budżetowy wywołujący w narodzie ciągły niepokój). Huffington odwołuje się do książki dziennikarza Jamesa Gleicka "Szybciej". Gleick próbuje w niej dowieść, że największą cechą naszej epoki jest przyspieszenie, a współczesny świat dotknięty jest "chorobą pośpiechu". 

To przyspieszenie, według Huffington, determinuje dwa pojęcia związane z czasem. Powołując się na naukowców twierdzi ona, że większość ludzi mierzy się dziś z chronicznym uczuciem "głodu czasu" (time famine), a coraz mniej ludzi może sobie pozwolić na "dostatek czasu" (time affluence), chociaż według mnie jeszcze bardziej precyzyjnym określeniem byłaby "wygoda czasu".

Pojęcie "głodu czasu" amerykańscy naukowcy ukuli w latach dziewięćdziesiątych, żeby wyjaśnić co czują zabiegani rodacy przytłoczeni obowiązkami w pracy i ogólnym szybkim tempem życia. Ten głód czasu - w istocie - jest tęsknotą za wolnym czasem, za odczuciem czasu w ogóle, bo podczas codziennego życia czas często przybiera formę kodyfikatora zobowiązań, jest pojęciem użytkowym, jak dla bohaterów słynnej powieści Williama Faulknera "Wściekłość i wrzask".  I co jest tego wypadkową, jak niezwykle celnie zauważa Huffington, mechanizm naszych dni często zawiera w sobie próby oszczędzania czasu, wyszarpywania go "to tu to tam", a po przeżytym dniu często mamy niedosyt wolnego czasu, kładąc  się do łóżka bez oddechu.  

Z drugiej strony, głosy ludzi komentujących tekst Huffington: że na gospodarowanie czasem mogą pozwolić sobie tylko ludzie zamożni, ludzie mniej zamożni nie mają wyjścia. Zwykły Amerykanin musi długo pracować żeby funkcjonować w szalonej teraźniejszości, nie dąży do bogactwa czasu, bo nie ma perspektyw, żeby go osiągnąć.

Tekst dotyczy przede wszystkim Stanów Zjednoczonych, Stany Zjednoczone są dla Huffington punktem wyjścia, ale jakże łatwo przenieść go na przykład na grunt europejski, czy jeszcze bliżej - polski.  Jakże inna kultura, jakże różne stadium systemu politycznego, zaawansowania społecznego i gospodarczego, jakże różny światopogląd - a problemy dokładnie te same!

Giorgio de Chirico - "Zagadka godziny"

Inne wnioski z tekstu:

1. O czym nie wspomina Huffington: swego rodzaju znakiem współczesności jest fakt, że czas utożsamiamy z pojęciem czasu wolnego. Że czas, najogólniej mówiąc nie-wolny, jest dziś nie-czasem, bardziej dążeniem do wypełnienia zobowiązań, rzeczy koniecznych, żeby funkcjonować w społeczeństwie. Z czasem się dziś zwykle walczy, a nie z niego korzysta. 

2. Że kiedyś innowacje wprowadzali ludzie, którzy przyspieszali, działali szybciej od innych. Dziś i w przyszłości innowacje będą wprowadzać ci, którzy zwolnią, nie będą pędzić z prądem rzeki, którzy się dłużej zastanowią. 

3. Słowo "deadline", tak często dziś wykorzystywane, wzięło się (czego nie wiedziałem) z czasów obozów jenieckich organizowanych przez Amerykanów w trakcie Amerykańskiej Wojny Domowej czy jak się przyjęło w Polsce - wojny secesyjnej. Deadline to linia, której - pod groźbą rozstrzelania - nie mogli przekroczyć więźniowie, zazwyczaj znajdująca się w odległości kilkunastu metrów od ściany obozu (wynikało to z obawy przed ucieczką; wspinaczką lub podkopami). 

4. Ciekawa statystyka wyłowiona z tekstu: Według raportu Pew Reaserch Center (organizacja badająca różne rzeczy dotyczące sfery publicznej w USA) z 2008 roku, 68 procent Amerykanów na pytanie "co jest dla nich ważne" odpowiedziało - "czas wolny".  Ta odpowiedź pokonała między innymi "dzieci"  i "karierę".